#37 Dziękuję za przełamanie uciążliwego nawyku

Mały szczegół, a zmienia codzienne życie: odkrywam w sobie uciążliwą skłonność do „zostawiania ostatków na potem”. Gdy chodzi o półmisek z jedzeniem (ulubiony temat dla mnie, żarłoka), kulturalnie jest powstrzymać się przed rzucaniem na ostatnią kanapkę, ostatnie ciasteczko. Podobno też powinno się zostawiać ostatni kęs swojego jedzenia na talerzu (przynajmniej według jakichś fit-obyczajów, bo moja babcia pewnie miałaby inne zdanie: „nie smakowało Ci?…”). Z drugiej strony mówi się „kto je ostatki, ten piękny i gładki”… Czyżby mi na tym nie zależało? Hmm…

Być może przez analogię do jedzenia mam takie przyzwyczajenie, że nie zużywam do końca kosmetyków, płynów do mycia różnych powierzchni lub do prania. Zostawiam ostatnią łyżeczkę musztardy w słoiku, jedno ciasteczko w paczce, łyk mleka w butelce. Przechowuję ostatnich kilka karteczek  samoprzylepnych, kroplę perfum „na jeden psik”… Nawet jeśli mam już w zanadrzu nową sztukę tego produktu. Przykłady można mnożyć. Jest to raczej nawyk utrudniający życie niż pomagający (wyjątkiem jest sytuacja, gdy nie użyję ostatniego listka papieru toaletowego…).

Podobnie mam na przykład z próbkami (kosmetyków, jedzenia, środków do prania i innych). Gdy dostaję taką saszetkę, cieszę się jak dziecko, a za chwilę jest mi smutno, że w mgnieniu oka się zużyje, zniknie i już nie będę jej mieć. Dlatego przechowuję te próbki nie wiadomo jak długo, aż w końcu niektóre trzeba wyrzucić i nici z próbowania. Czasem dzielę je sobie nawet na takie małe porcyjki, żeby na dłużej zachować przyjemność z korzystania z produktu, a jednocześnie odwlec moment wybierania się na zakupy po zapas.

Prawdę mówiąc nie wiem, co mną kieruje. Przecież nie boję się, że ktoś zobaczy, że wypicie całego soku to moja sprawka (i tak zobaczy, bo go nie będzie w lodówce, a oszczędzę tej osobie bolesnego rozczarowania oraz tego nieprzyjemnego uczucia podnoszenia czegoś, czego wagę znacząco przeceniliśmy). Zostawiam „na czarną godzinę”, a jednak gdy o tym pomyślę, nie boję się, że czegoś mi zabraknie (nie mieszkam w polu, gdzie do najbliższego sklepiku jest kawał drogi, a przed wyprawą do większego trzeba brać prowiant i żegnać się z rodziną). Podejrzewam, że to po prostu zwykły objaw chomikowania „przydasiów” (to przyda się i tamto się przyda też).

DZIĘKUJĘ ZA WGLĄD W MOJE SŁABOŚCI.
Jednocześnie za pierwszą wygraną bitwę z uciążliwym nawykiem.

Do rzeczy: pierwsze kroki do zmian wykonane! Udało mi się: wysypać do końca sól kąpielową, nastawić pranie, by szybko zużyć końcówkę płynu do płukania, oddać cały worek nieużywanych ubrań (tak, te też zostawiam „na potem” – kiedy schudnę, kiedy przytyję, kiedy przyjdzie „ten-wielki-dzwon”, kiedy przyjdzie ciotka, która dała mi ten świąteczny nieśmieszny sweterek i zapyta, nawet w lecie, „czy jeszcze w nim chodzisz i gdzie go masz”, sprawiając, że czuję się gorzej niż jak dziecko).

Zdaję sobie sprawę, że o wiele lepszym rozwiązaniem jest szybkie zużycie wszystkich „ostatków”, wyrzucenie opakowania  i zaopatrzenie się w nowy produkt. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Dziś też ręka mi drgnęła podczas sypania ostatnich ziarenek soli do kąpieli. W pierwszym odruchu ostatnia łyżeczka wylądowała z powrotem w (wielkim) pudełku. Za chwilę jednak przyszła refleksja. Sam moment zużywania końcówki produktu wzbudził we mnie niezrozumiale mieszane uczucia. Z jednej strony satysfakcję, co oczywiste. Z drugiej – obawę, jakby to było coś zakazanego. Dlaczego moja głowa wciąż gorzej przyjmuje zużywanie ostatniej porcji niż wyrzucanie do kosza przetermnowanych, zostawionych nie wiadomo po co „ostatnich kęsów na czarną godzinę” (a trzeba przyznać, że serce mi się kraje, gdy dotyczy to żywności)?

Dziś mi w duszy gra:

Trying hard now
It’s so hard now
Trying hard now
Gettin’ strong now

Autorzy utworu: Ayn Robbins, Carol Connors , Bill Conti

Kibicuję osobom w podobnej sytuacji, jak moja!
Nawyk Kochania.

Reklamy