#71 Dziękuję za instrukcje

Jedziemy autokarem przez Polskę. Przyglądamy się przyrodzie za oknem, aż tu nagle za pagórkiem wyrastają ruiny zamku. Zbyszek nagle wyrecytował mi jego historię i opowiedział o szlaku, na którego trasie tenże się znajduje. Do tej pory nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Tak zaczęła się nasza rozmowa o turystyce.

Czytaj dalej #71 Dziękuję za instrukcje

Reklamy

#53 Dziękuję za podwieczorek na ławce

Czuję, że moje życie zwalnia tempo i sprawia mi to przyjemność. Jeszcze do niedawna trudno mi było znaleźć choć odrobinę czasu dla siebie albo wypocząć, a przecież tak naprawdę zdarzało mi się pół dnia gapić w ekran albo spać. Paradoks. Wydawało mi się, że po prostu za dużo pracuję (parę godzin tu, parę tam), że może trzeba z czegoś zrezygnować. Tak też się stało i teraz zamiast trzech godzin dziennie pracuję… osiem. I wiesz co? To była wspaniała decyzja.

Czytaj dalej #53 Dziękuję za podwieczorek na ławce

#47 Dziękuję za rower

Wydawało mi się, że pobyt „w dziczy” wymusi na mnie w pierwszej kolejności wdzięczność za ciepłą, bieżącą wodę, sterylną ubikację i spłuczkę. Tymczasem nastąpiło coś zupełnie innego – przewartościowanie. Spodziewana nieujarzmiona tęsknota za wspomnianymi zdobyczami cywilizacji nie nastąpiła. Pochlebiam też sobie, że dopiero pisząc ten tekst myślę o tym, że mogłoby mi brakować również Internetu, telewizji, czy telefonu. Nic z tych rzeczy.

Tylko nas dwoje, rowery i natura. Tego oczekiwaliśmy, ale ze względu na to, że panuje okres wzmożonych urlopów, dopuszczaliśmy myśl o tłumie ludzi na szlakach rowerowych. Ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy tylko kilkoro „lokalsów” i minęliśmy kilka par turystów. Gdy jechaliśmy wzdłuż ulicy, minęło nas tyle samochodów, że możnaby je zliczyć na palcach.

Zapuściliśmy się w takie miejsca, gdzie można się dostać wyłącznie rowerem bądź pieszo (chyba że jest się strażnikiem leśnym, albo jedzie pojazdem uprzywilejowanym). Wyobraź sobie ścieżkę (lub dla wygodnych: drogę asfaltową) w środku lasu. Po obu stronach ściana drzew, co jakiś czas mijamy paśnik, spłoszyliśmy zająca, znaleźliśmy zdechłego zaskrońca, spotkaliśmy grupkę jelonków, która przez chwilę nam się przyglądała, a potem poszła w swoją stronę. Jechaliśmy też przez pola uprawne – jaskrawożółte od rzepaku i zielone od rosnącego zboża. Przekraczaliśmy rzeki i potoki, mijaliśmy zalewy i stawy.

Odkrywam przy okazji, że jazda rowerem to odpowiednie tempo „zwiedzania”. Gdyby w tych samych miejscach trzeba było iść pieszo, prawdopodobnie znudziłyby mnie dość szybko, bo trzeba długo czekać, aż dowiem się, co jest za zakrętem. Tymczasem na rowerze dzieje się to prawie natychmiast, a jednocześnie mam namiastkę spaceru, która dominuje nad „wrażeniem przejażdżki”, takiej jak samochodem, autobusem czy pociągiem. Do tej pory tylko jazda rowerem i konno dały mi takie uczucie: „szybkiego chodzenia” w towarzystwie (pojazdu lub zwierzęcia).

To była nasza pierwsza wspólna wycieczka rowerowa (gdyby zależało mi na przyciągających uwagę, dwuznacznych tytułach tekstów, ten brzmiałby „dziękuję za pierwszy raz”). Tak sobie myślę: dlaczego nie można celebrować wszystkich wspólnych pierwszych razów? Dlaczego tylko ten jeden jest tak wyróżniony? Uważam to za ogromne zubożenie. Dla mnie (sądzę, że dla nas obojga) zwykłe wspólne jeżdżenie na rowerze było wyjątkową przygodą. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wieloma sprawami. Czy damy radę tak długim trasom? (Chodzi o kilkadziesiąt kilometrów, dla jednych do dużo, dla innych mało; my nie jesteśmy jakimiś cyklistami, prawdę mówiąc prawie w ogóle nie jeździmy rowerami, to był szalony pomysł…). Czy będziemy się kłócić o to, że ktoś opóźnia lub przyspiesza? Czy obojgu nam przypadnie do gustu ten sposób spędzania wolnego czasu? Te pytania nie były nerwowe. Raczej ciekawiło nas, jak odnajdziemy się razem w kolejnej sytuacji życiowej. Powiem tak: póki co, bardzo dobrze, a nawet wzorowo.

DZIĘKUJĘ ZA WYCIECZKI ROWEROWE.
Za wspólnie spędzony czas, odpoczynek na łonie natury, wyzwania i atrakcje.

Jedynymi większymi grupami ludzi, jakie spotkaliśmy byli kajakarze, amatorzy grilla i klienci w sklepie (z tymi mieliśmy najbliższy kontakt, reszta – na dystans). To oni przypomnieli nam, dlaczego jednak nie mieszkamy w namiocie, na co dzień nie myjemy się w rzece (choć bardzo przyjemnie było się w niej schłodzić po powrocie z długiej trasy rowerem), dlaczego kąpiel w jeziorze to za mało, po co jest mydło i inne kosmetyki oraz jakie znaczenie ma posiadanie więcej niż trzech kompletów ubrań. Rzeczywiście mogliśmy żyć bez tego wszystkiego (choć utrzymywaliśmy jakiś podstawowy poziom higieny, zatem trochę oszukaństwo, ale jednak takie drobne). W krótkim czasie poczuliśmy się jak buszmeni-odszczepieńcy. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami na świecie (jak w raju!). A jednak (to chyba zdrowo!) widzimy świat poza sobą. I w tym świecie jest miejsce dla innych ludzi, mimo naszego gawiedziowstrętu.

Dziś mi w duszy gra:

You say Lord – I say Christ,
I don’t believe in Peter Pan,
Frankenstein or Superman.
All I wanna do is:
Bicycle, bicycle, bicycle…

„Bicycle race”
Autor: Feddie Mercury

Pozdrowienia dla rowerzystów!
Nawyk Kochania.

 

P.S. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak marudzę na brak urlopu, oraz jak lubię spędzać wolny czas, to odsyłam do tego wpisu: #41

Jeśli natomiast kogoś zaciekawiło, co sądzę o „drugiej połówce”, zapraszam tu: #6