#53 Dziękuję za podwieczorek na ławce

Czuję, że moje życie zwalnia tempo i sprawia mi to przyjemność. Jeszcze do niedawna trudno mi było znaleźć choć odrobinę czasu dla siebie albo wypocząć, a przecież tak naprawdę zdarzało mi się pół dnia gapić w ekran albo spać. Paradoks. Wydawało mi się, że po prostu za dużo pracuję (parę godzin tu, parę tam), że może trzeba z czegoś zrezygnować. Tak też się stało i teraz zamiast trzech godzin dziennie pracuję… osiem. I wiesz co? To była wspaniała decyzja.

Czytaj dalej #53 Dziękuję za podwieczorek na ławce

Reklamy

#51 Dziękuję za więcej szczęścia niż rozumu

Wsłuchaj się w ten długi oddech ulgi, kiedy pierwsze krople benzyny spłynęły do baku. Na dystrybutorze cyfry skaczą jak szalone. Drogo. Bardzo drogo. Mimo to bardziej się cieszę, niż złoszczę.

Rano, w połowie drogi do pracy zaczyna migać rezerwa. Ten alarm już przestał powodować u mnie zaskoczenie i palpitacje serca. Dawniej udawało mi się zadbać o to, by nie doprowadzić samochodu do stanu paliwowej ostateczności. Teraz stało się to nagminne. Wiem, takie testowanie możliwości auta jest bardzo ryzykowne i niezdrowe dla silnika. Nie wiem, dlaczego wciąż to robię. Chyba po prostu z powodu kiepskiej organizacji czasu albo zapominalstwa, bo nie celowo.

Rezerwa miga, ja beztrosko stoję w porannym korku. Trasę, która zwykle zajmuje z górą kwadrans, obecnie przebywam nieraz w czterdzieści pięć minut. Próbuję wjechać „na suwak” – nic z tego, nikt nie wpuści. Wszyscy chcą być pierwsi w pracy. W końcu dojeżdżam na miejsce i z chwilą zablokowania drzwi zapominam o migającym problemie. Przecież na rezerwie można jeszcze przejechać pół świata, nie ma się czym przejmować.

Wracając z pracy wstępuję do sklepu i do lekarza. Samochód prowadzi się dość ciężko, ale nie zwracam na to uwagi. „To pewnie przez moje zmęczenie” – myślę, ale zaraz potem przychodzi mi do głowy pomysł, żeby sprawdzić na wyświetlaczu opcję „zakres”, czyli ile kilometrów jeszcze mogę zrobić na pozostałym paliwie. Na moich oczach wyświetlacz pokazał bezlitosne odliczanie: 3… 2… 1… 0…

Jeśli myślisz, że w tym momencie samochód się zatrzymał, zakasłał albo wybuchł – nic z tych rzeczy. Uratowała mnie „niepewność pomiarowa” związana z niedokładnym liczeniem średniego spalania (a to w korku znacznie wzrosło i zmieniło wynik). Przez chwilę przeszły mi ciarki po plecach, a z drugiej strony pojawiła się myśl: jechać do najbliższej stacji, czy do dalszej, ale tańszej? Masz rację, rozum, który podpowiedział takie pytania, najwidoczniej miał już fajrant.

DZIĘKUJĘ, ŻE OBYŁO SIĘ BEZ WIĘKSZYCH KONSEKWENCJI.
Następnym razem wykażę się odpowiedzialnością (mam nadzieję).

Litania marudna: paliwo za drogie. Stanie w korkach – absurdalne. Pracy za dużo, czasu za mało, odpoczynku brak. Jedzenie – jakiekolwiek. Gubię kluczyki od samochodu po raz piętnasty tego dnia (a może są w lodówce, schowane mechanicznie razem z pudełkiem śniadaniowym?). Lekarz robi mi jakieś takie zabiegi-wygibasy, że czuję, jakby po mnie przejechała ciężarówka… I mimo to myślę, że jest dobrze. Wiem, że pod tym wszystkim gdzieś jest szczęśliwy, wypoczęty człowiek. Trzeba go tylko stamtąd zabrać.

(Ale na pewno nie „limuzyną”, toczącą się na oparach paliwa)

Dziś  mi w duszy gra (gdy stoję w korkach):

We have all the time in the world
Just for love
Nothing more
Nothing less
Only love

„We have all the time in the world”
Autorzy utworu: Hal David / John Barry

Zatankuj, jak jeszcze masz dwie kreski!
Nawyk Kochania.

#47 Dziękuję za rower

Wydawało mi się, że pobyt „w dziczy” wymusi na mnie w pierwszej kolejności wdzięczność za ciepłą, bieżącą wodę, sterylną ubikację i spłuczkę. Tymczasem nastąpiło coś zupełnie innego – przewartościowanie. Spodziewana nieujarzmiona tęsknota za wspomnianymi zdobyczami cywilizacji nie nastąpiła. Pochlebiam też sobie, że dopiero pisząc ten tekst myślę o tym, że mogłoby mi brakować również Internetu, telewizji, czy telefonu. Nic z tych rzeczy.

Tylko nas dwoje, rowery i natura. Tego oczekiwaliśmy, ale ze względu na to, że panuje okres wzmożonych urlopów, dopuszczaliśmy myśl o tłumie ludzi na szlakach rowerowych. Ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy tylko kilkoro „lokalsów” i minęliśmy kilka par turystów. Gdy jechaliśmy wzdłuż ulicy, minęło nas tyle samochodów, że możnaby je zliczyć na palcach.

Zapuściliśmy się w takie miejsca, gdzie można się dostać wyłącznie rowerem bądź pieszo (chyba że jest się strażnikiem leśnym, albo jedzie pojazdem uprzywilejowanym). Wyobraź sobie ścieżkę (lub dla wygodnych: drogę asfaltową) w środku lasu. Po obu stronach ściana drzew, co jakiś czas mijamy paśnik, spłoszyliśmy zająca, znaleźliśmy zdechłego zaskrońca, spotkaliśmy grupkę jelonków, która przez chwilę nam się przyglądała, a potem poszła w swoją stronę. Jechaliśmy też przez pola uprawne – jaskrawożółte od rzepaku i zielone od rosnącego zboża. Przekraczaliśmy rzeki i potoki, mijaliśmy zalewy i stawy.

Odkrywam przy okazji, że jazda rowerem to odpowiednie tempo „zwiedzania”. Gdyby w tych samych miejscach trzeba było iść pieszo, prawdopodobnie znudziłyby mnie dość szybko, bo trzeba długo czekać, aż dowiem się, co jest za zakrętem. Tymczasem na rowerze dzieje się to prawie natychmiast, a jednocześnie mam namiastkę spaceru, która dominuje nad „wrażeniem przejażdżki”, takiej jak samochodem, autobusem czy pociągiem. Do tej pory tylko jazda rowerem i konno dały mi takie uczucie: „szybkiego chodzenia” w towarzystwie (pojazdu lub zwierzęcia).

To była nasza pierwsza wspólna wycieczka rowerowa (gdyby zależało mi na przyciągających uwagę, dwuznacznych tytułach tekstów, ten brzmiałby „dziękuję za pierwszy raz”). Tak sobie myślę: dlaczego nie można celebrować wszystkich wspólnych pierwszych razów? Dlaczego tylko ten jeden jest tak wyróżniony? Uważam to za ogromne zubożenie. Dla mnie (sądzę, że dla nas obojga) zwykłe wspólne jeżdżenie na rowerze było wyjątkową przygodą. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wieloma sprawami. Czy damy radę tak długim trasom? (Chodzi o kilkadziesiąt kilometrów, dla jednych do dużo, dla innych mało; my nie jesteśmy jakimiś cyklistami, prawdę mówiąc prawie w ogóle nie jeździmy rowerami, to był szalony pomysł…). Czy będziemy się kłócić o to, że ktoś opóźnia lub przyspiesza? Czy obojgu nam przypadnie do gustu ten sposób spędzania wolnego czasu? Te pytania nie były nerwowe. Raczej ciekawiło nas, jak odnajdziemy się razem w kolejnej sytuacji życiowej. Powiem tak: póki co, bardzo dobrze, a nawet wzorowo.

DZIĘKUJĘ ZA WYCIECZKI ROWEROWE.
Za wspólnie spędzony czas, odpoczynek na łonie natury, wyzwania i atrakcje.

Jedynymi większymi grupami ludzi, jakie spotkaliśmy byli kajakarze, amatorzy grilla i klienci w sklepie (z tymi mieliśmy najbliższy kontakt, reszta – na dystans). To oni przypomnieli nam, dlaczego jednak nie mieszkamy w namiocie, na co dzień nie myjemy się w rzece (choć bardzo przyjemnie było się w niej schłodzić po powrocie z długiej trasy rowerem), dlaczego kąpiel w jeziorze to za mało, po co jest mydło i inne kosmetyki oraz jakie znaczenie ma posiadanie więcej niż trzech kompletów ubrań. Rzeczywiście mogliśmy żyć bez tego wszystkiego (choć utrzymywaliśmy jakiś podstawowy poziom higieny, zatem trochę oszukaństwo, ale jednak takie drobne). W krótkim czasie poczuliśmy się jak buszmeni-odszczepieńcy. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami na świecie (jak w raju!). A jednak (to chyba zdrowo!) widzimy świat poza sobą. I w tym świecie jest miejsce dla innych ludzi, mimo naszego gawiedziowstrętu.

Dziś mi w duszy gra:

You say Lord – I say Christ,
I don’t believe in Peter Pan,
Frankenstein or Superman.
All I wanna do is:
Bicycle, bicycle, bicycle…

„Bicycle race”
Autor: Feddie Mercury

Pozdrowienia dla rowerzystów!
Nawyk Kochania.

 

P.S. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak marudzę na brak urlopu, oraz jak lubię spędzać wolny czas, to odsyłam do tego wpisu: #41

Jeśli natomiast kogoś zaciekawiło, co sądzę o „drugiej połówce”, zapraszam tu: #6