#73 Dziękuję za nieskrępowany wybór

Pamiętasz Zbyszka? Tego z „najnudniejszego działu pod słońcem”. Oprócz zamiłowania do turystyki  i sportu ma jeszcze jedną miłość: rodzinę. Przede wszystkim jednak jego oczkiem w głowie jest córka. Gdy o niej opowiada, wzruszam się. Można powiedzieć, że wewnętrznie płaczę jak bóbr. Czytaj dalej #73 Dziękuję za nieskrępowany wybór

Reklamy

#44 Dziękuję za „z tej mąki chleba nie będzie” i inne stereotypy

Święto pracy,
Uroczystość  św. Józefa, rzemieślnika

Nie wiem, czy pamiętasz, ale „Dziękczynnik codzienny” po raz pierwszy ujrzał światło dzienne 19 marca. Tak się składa, że jest to uroczystość św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Tym samym św. Józef został arbitralnie (przeze mnie) obwołany patronem niniejszego przedsięwzięcia (jeśli chcesz sobie przypomnieć, jak to było, zapraszam to wpisu: #1). Z tego względu nie sposób nie powiedzieć o nim dziś, gdy w Kościele wspominamy go jako rzemieślnika. Oczywiście nie jest to przypadek, że jednocześnie obchodzimy dziś świeckie święto pracy. O tym też będzie.

Myślę, że to dobry dzień na pewne podsumowania. Nie chcę dziś mówić o pracy zawodowej – od niej należy nam się odpoczynek! (Jeśli jednak koniecznie chcesz ją rozpamiętywać, polecam powrót do tego wpisu: #2.) Myślę dziś o blogu, który ma półtora miesiąca. W tym czasie wpisy znacząco ewoluowały – przede wszystkim stały się dłuższe, bardziej rozbudowane. Obok zwykłych relacji z dnia pojawiły się nowe formy: wspomnienia oraz opowiadania. Niezmiennie wyróżniają się wpisy niedzielne i świąteczne. Codzienne pisanie jest ogromnym wyzwaniem, ale (pomijając trzy brakujące teksty, które uzupełnię) uważam, że trzymam się dzielnie. Grono czytelników powiększa się dość nieśmiało, dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy warto? Czy to wyzwanie rzeczywiście jest coś warte? Czy rzeczywiście komuś służy? Czy nadal służy mnie? Bywają chwile zwątpienia, ale czasem jeden Twój komentarz sprawia, że od nowa mam ochotę pisać. Dziękuję!

Przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: "Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? (...)" 
Mt 13,54-55

Gdy myślę o Józefie, przestaję się przejmować statystykami. Przypominam sobie o moim celu – codzienna praktyka dziękowania ma mnie nauczyć, co to znaczy „kochać”. O tym, że święty Józef był cieślą (robotnikiem budowlanym) dowiadujemy się… podsłuchując plotki, jakie krążą o Jezusie w Jego rodzinnej wsi. Ani sam Józef, ani Maryja, ani Jezus nie wspominają słowem o tym, czym się zajmuje głowa rodziny. Mimo to pamiętamy Józefa jako wzorowego opiekuna (czyli dobrego męża i ojca, ale też mężczyznę, który potrafi utrzymać rodzinę). Podejrzewam, że jego praca nie była prestiżowa (o czym świadczą nieco pogardliwe głosy gawiedzi), ale godna, choć rodzinie raczej się nie przelewało – gdy ofiarowano Jezusa w Świątyni, przyniesiono w darze również parę synogarlic lub gołębi, co stanowiło „plan minimum”, „ofiarę ubogich” (Łk 2, 24 ; Kpł 5,7Kpł 12,8).

Czy to przeszkodziło Jezusowi w zostaniu Zbawicielem Wszechświata? Ogólnie – nie, może nawet pomogło. Mam tu na myśli to, że wiele Jezusowych przypowieści odnosi się do codziennych spraw ówczesnego szarego człowieka, co sprawia, że są łatwiejsze do zrozumienia, ale nie byłoby to możliwe, gdyby sam takiego życia nie doświadczył. (Zastanawiam się, czy tak naprawdę nie są to słowa Józefa, które ten kierował do syna, pokazując mu świat, ucząc pracy na roli, czy w gospodarstwie). Widać jednak, że „robotnicze pochodzenie”  Jezusa (brzmi bardzo socjalistycznie, ale niech zostanie, bo nawet pasuje do poglądów reprezentowanych przez opisany tłum) postawiło mentalny mur w głowach Jego sąsiadek i sąsiadów. Nie mogli uwierzyć, że Syn budowlańca może mieć coś mądrego do powiedzenia (mierzyć się z „inteligentami”).

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa z Nazaretu». Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?» Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz!»
J1, 45-46

A wśród słuchających Go tłumów odezwały się głosy: «Ten prawdziwie jest prorokiem». Inni mówili: «To jest Mesjasz». «Ale - mówili drudzy - czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei?
J7, 40-41

Odpowiedzieli mu: «Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei». 
J7, 52

Nie tylko zawód i status materialny Józefa, a tym samym Jezusa, były mało imponujące. Najwyraźniej także pochodzenie nie pasowało do obrazka. Jezus mógł się troić (och, niezamierzony suchy dowcip…), a i tak u niektórych będzie apriorycznie uznany za „mądralę”, który powinien wrócić do noszenia pustaków. Znasz kogoś w podobnym położeniu?

Przed oczami stają mi wszystkie dzieci z najgorszych, najbiedniejszych, najbardziej zapijaczonych dzielnic miasta (w każdym takie się znajdą). Ile razy musiały usłyszeć, że z nich już nic nie będzie? Pewnie miliony. Ile razy było to prawdą? Nigdy, choć takie słowa zabijają ducha w człowieku i mogą skutecznie zniechęcić do rozwijania swoich naturalnych uzdolnień.

Myślę też o wszystkich pracownikach, wykonujących „mało prestiżowe” zawody. Zastanawiam się – co jest wyznacznikiem tego „prestiżu”? Zarobki? (A od czego one zależą? Może od prestiżu? Hmm…) Wykształcenie? (Czy wyjątkiem są sytuacje, że zaradny chłopak bez szkoły rozkręca światowe interesy, a absolwent uniwersytetu obsługuje kasę w hipermarkecie?). Odpowiedzialność? (Czy bezpośrednie ratowanie życia człowieka, który uległ wypadkowi jest większą odpowiedzialnością niż sprawdzanie, czy pojazdy, którymi ci ludzie się poruszają spełniają normy techniczne?). Sposób pracy (umysłowa/fizyczna)? (Jeśli nawet jest tak, że do pracy umysłowej potrzeba jakiejś odpowiedniej inteligencji, a do pracy fizycznej – nie, to czy nigdy nie zdarza się, aby mądry człowiek wybrał tę drugą ścieżkę kariery?). Pożyteczność? (Czy pisanie wierszy jest bardziej pożyteczne od wywozu śmieci? – tu nieodmiennie przypomina mi się wiersz Andrzeja Bursy „Dyskurs z poetą„). Od zawsze rodzice uczyli mnie, że tak samo należy szanować Panią sprzątaczkę w szkole, jak nauczyciela i każdą inną osobę, wykonującą dowolny zawód. Czy to już nieaktualne?

Myślę o wszystkich emigrantach zarobkowych, którzy za granicą parają się jakimkolwiek zajęciem, często poniżej swoich kwalifikacji. Nawet nie chcę zaczynać wątku o sprawiedliwości w takiej sytuacji, ale trochę mnie to męczy.

Myślę o kobietach, o których niejednokrotnie mówi się, że na tym samym stanowisku otrzymują niższe wynagrodzenie niż mężczyźni. O kobietach, które są niechętnie zatrudniane, bo istnieje ryzyko, że zajdą w ciążę, co sprawi pracodawcy kłopot. Myślę o kobietach, które zajmują się domem, a i tak ludzie mówią, że to nie praca (albo gorzej: powiedzą, że dziewczyna nie nadaje się do niczego innego niż bycie „kurą domową”).Wreszcie myślę o tym, że kobiety są powszechnie uważane za mniej zdolne od mężczyzn. Z drugiej strony myślę o mężczyznach, którzy może faktycznie do wielu zawodów są lepiej (biologicznie) przystosowani niż większość kobiet, a mimo to muszą godzić się na parytety (wtedy wielu świetnych facetów odpada w rekrutacji, a ich miejsce zajmuje grupa przeciętnych kobiet, wśród których tylko nieliczne dorównują kwalifikacjami). Myślę o mężczyznach, którzy zaharowują się na śmierć, dnie i noce spędzając w pracy, bo chcą, by ich rodzinie niczego nie zabrakło: jedzenia, pieniędzy, domu, samochodu, wakacji, wygód… Zapominają o relacjach (w końcu to mężczyźni, zadaniowcy), których nie da się kupić.

Myślę o prawdziwych facetach, którzy z sercem wykonują zawody uznane za „damskie” i przez to nie odbierają należnego im uznania. Myślę o kobietach, które wykonują swoją pracę równie dobrze, jak mężczyźni, ale są lekceważone. Myślę o kobietach, które biorą się za tak zwane „męskie zawody” tylko po to, by udowodnić, że potrafią, choć w głębi duszy chciałyby robić coś, co je bardziej pasjonuje. Myślę o dzieciach, które wybierają drogę zawodową w taki sposób, by zadowolić rodziców. Myślę o małżeństwach, które nie doszły do skutku ze względu na „mezalians” i o tych, które mimo tej „przeszkody” zostały zawarte, ale wciąż stawiają czoła krytycznym głosom.

DZIĘKUJĘ ZA UTRWALONE W KULTURZE STEREOTYPY.
Za „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, za „z tej mąki chleba nie będzie”, za „baba z wozu, koniom lżej”, za „jaka praca taka płaca”, za „kto ma rozum zdrowy, nie słucha białogłowy”, za „chłop do cepów, baba do kądzieli”…
DZIĘKUJĘ, ŻE TE „MĄDROŚCI NARODU”, TO TYLKO STEREOTYPY!

Smutno mi, ale widzę światełko w tunelu. Mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdzę pochopnym osądzeniem. Że nigdy nie potraktuję nikogo z góry. Że nie pomyślę o żadnym człowieku źle ze względu na jego przeszłość lub pochodzenie. Nie przykleję łatki. Mam nadzieję, że nie ulegnę stereotypom. Oby mnie też tak nikt nie traktował. Mam nadzieję, że będę innych motywować do rozwijania talentów, słuchania głosu serca i dążenia do dobra (choć te hasła brzmią pusto, aż echo niesie). (Wysokie wymagania, nie ma co).

Dziś mi w duszy gra:

Hej tragarze, drwale, drwale, ładowacze!
Hej, kto kark ma zgięty od najgorszej pracy!
Hej, pomóżcie, ludzie, kamień innym toczyć,
bez żadnych wybiegów mówić prawdę w oczy.

„Hej, pomóżcie, ludzie!”
sł. Leszek Moczulski, muz. Marian Pawlik

 

Pracuję, by służyć innym.
Nawyk Kochania.

43# Dziękuję za łzy szczęścia i wzruszenia

Znasz te niezręczne momenty, kiedy próbujesz kupić buty, ale zanim zdążysz przekroczyć próg sklepu, zanim rozejrzysz się wokół, natychmiast swoją uprzejmością atakuje cię ekspedientka? Założę się, że nie myślisz wtedy: „jak to dobrze, że sama do mnie podeszła! Potrzebuję oprowadzenia po sklepie i pomocy w dokonaniu wyboru, ale czasem wstydzę się poprosić o to personel. Na szczęście podchodzą sami, oferując niezbędne usługi”.

Podejrzewam, że większość osób w takiej sytuacji jest raczej poirytowana. Trudno mi ocenić, co czuje druga strona. Może natarczywe uprzejmości są tylko wymogiem szefa, a tak naprawdę biedna ekspedientka myśli: „oby klient odmówił, oby podziękował, oby nie trzeba było z nim łazić po całym sklepie”. Nie wiem też, czy ta, która dziś pracowała w obuwniczym pożałowała, że podeszła akurat do tej klientki… Mam natomiast pewność, że za obsługę należy jej się medal.

Wspomniana klientka miała pewną przypadłość: jąkała się niemiłosiernie

 (jeśli masz podobny problem - zostań proszę; moim celem nie jest wyśmiewanie Ciebie ani sprawienie Ci przykrości, wręcz przeciwnie).

Problem sprawiało jej wystartowanie niemal każdego słowa. Mimo to mówiła dużo i chętnie, zdawała się ignorować liczne potknięcia. Uśmiechała się i bez zażenowania, bez cienia speszenia rozmawiała z ekspedientką, która nawet nie mrugnęła, nawet się nie skrzywiła. Cierpliwie słuchała od pierwszego słowa. Nie pojawił się w niej choćby zalążek zaskoczenia, nigdy nie weszła rozmówczyni w słowo, nawet w chwilach dłuższej ciszy. Profesjonalnie zajęła się klientką, prezentując jej różne modele i rozmiary obuwia, do skutku. Na koniec obie wyglądały na zadowolone. Nie mogę wyjść z podziwu.

Pamiętam Karolinę, która chodziła ze mną do podstawówki. Ona też się jąkała. Z tego powodu bardzo trudno było jej się nawet przedstawić – zacinała się na pierwszej sylabie. Z tego powodu przylgnęło do niej przezwisko „Kakadu”. Mnie wydawało się ono dość sympatyczne i nawet nie przyszło mi do głowy, że mówiąc tak do niej sprawiam jej ogromną przykrość. Musiała mi to powiedzieć wprost: „Nie mów tak do mnie, to nie moja wina, że się jąkam”.

Czy uwierzysz, że jej jąkanie było dla mnie niezauważalne aż do chwili, gdy nazwała zjawisko po imieniu? Ktoś powie: jak można nie zauważyć, że ktoś męczy się przy wypowiadaniu każdego słowa, na jego twarzy pojawiają się grymasy, rumieńce, a od czasu do czasu ślini się lub pluje? Ja też nie wiem, ale w moim przypadku tak właśnie było.

Karolina to dobra koleżanka. Do tej pory wspominam również jej talent do nauki historii i języków obcych. Tylko to w niej było dla mnie istotne. Nawet później, gdy jej jąkanie stało się dla mnie widoczne, nigdy nie było uciążliwe. Ładnych parę lat później – zniknęło. Nie samo, dziewczyna bardzo się natrudziła, żeby je zwalczyć, ale powiedziała mi o tym mozole długo po tym, jak nasza więź się rozluźniła. Odwiedzała bardzo wielu różnych terapeutów z całej Polski. W końcu pomógł ten setny, a może tysięczny. Jeśli myślisz, że ta zmiana z pewnością nie uszła mojej uwadze – mylisz się. Karolina znów musiała powiedzieć to sama, głośno, na forum całej klasy. Wiem jednak, że mówiła to do mnie… Łagodnie i bez wyrzutu.

Powiedziała: Chcę coś ogłosić. Jak zapewne wiecie, moim problemem od dawna było jąkanie. Obecnie jestem w trakcie terapii. Teraz będę mówić wolniej, ale płynnie. Ruchy ręki, które wykonuję, pomagają mi w tym. Stopniowo nabieram wprawy, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.

Faktycznie! Bez zająknięcia, bez jednego grymasu na twarzy. Pamiętam powstrzymywanie łez wzruszenia i dumy. Jak można było nie zauważyć takiego sukcesu?! Na szczęście nie miała mi tego za złe. Chyba. Z przejęciem przyjęła gratulacje. Otwarcie opowiadała o szczegółach ostatniej, skutecznej terapii, a nawet jako ciekawostkę pokazała mi niektóre triki, pomagające jej w mówieniu (niestety za nic w świecie nie umiem ich skoordynować z wypowiedzią, tak sprawnie jak ona, mimo że nie potrzebuję terapii – a może dlatego?).

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE TERAPIA MOWY PRZYNOSI SUKCESY.
Za logopedów, którzy znają się na swojej robocie. Za ludzi, którzy z każdym potrafią rozmawiać, nie zawstydzając go.

Dzięki Karolinie mam bardzo serdeczny stosunek do osób jąkających się (tak, teraz już natychmiast zauważam, że mówią inaczej). Zawsze w duchu im kibicuję. Choć chyba bardziej ich rozmówcom, bo to od ich nastawienia, od ich sposobu słuchania i mówienia zależy, jak duży komfort będą odczuwać obie strony dialogu. Podobno nie ma nic gorszego niż „wyręczanie” w mówieniu, „dokańczanie” za kogoś, dawanie „złotych rad” w stylu „weź oddech”. Najważniejsze to życzliwie słuchać. I życzliwie mówić. Mnie nigdy nie trzeba było tego uczyć (raczej przez moją gapowatość niż supermoce), ale wiem, jak trudna dla niektórych jest sztuka opanowania zniecierpliwienia.

Do tej pory zostały mi pewne cechy z dzieciństwa: ignoruję jąkanie rozmówcy w sposób automatyczny i ogromnie się wzruszam (łzy szczęścia lecą strumieniami!), gdy słyszę, jak ktoś po raz pierwszy mówi płynnie (film „King’s Speech”, czyli „Jak zostać królem” to jedyny filmowy wyciskacz moich łez, jaki pamiętam). Czy to znaczy, że się nadaję na terapeutę? A może właśnie kompletnie się nie nadaję, z moją nadwrażliwością na sukcesy osób jąkających się, a jednocześnie niewrażliwością na trudności? Obstawiam, że musi być jakaś trzecia droga. Jeśli tak, to zapraszam do niej wszystkich.

Dziś mi w duszy gra:

Everybody stutters one way or the other,
so check out my message to you

„Scatman (Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop)”
John „Scatman” Larkin

P.S. Wykonawca tej piosenki sposobem podawania tekstu i finezją improwizacji rozkłada na łopatki niejednego rapera. Kto by przypuszczał, że ten facet odkrył te zdolności dzięki temu, że się jąka! Potrafił przemienić swoje trudności w walor artystyczny. Nie tylko wykorzystuje je, tworząc charakterystyczne pasaże w swoich piosenkach. Również jego teksty nawiązują do wspomnianego zaburzenia mowy. Dla zainteresowanych zamieszczam poniżej fragment wywiadu z Johnem "Scatmanem" Larkinem. Nie mogę wyjść z podziwu.

Słuchajmy siebie nawzajem z uwagą i miłością.
Nawyk Kochania.