#73 Dziękuję za nieskrępowany wybór

Pamiętasz Zbyszka? Tego z „najnudniejszego działu pod słońcem”. Oprócz zamiłowania do turystyki  i sportu ma jeszcze jedną miłość: rodzinę. Przede wszystkim jednak jego oczkiem w głowie jest córka. Gdy o niej opowiada, wzruszam się. Można powiedzieć, że wewnętrznie płaczę jak bóbr. Czytaj dalej #73 Dziękuję za nieskrępowany wybór

Reklamy

#50 Dziękuję za możliwość pożegnania

Dziś bardzo dotknęła mnie wiadomość o śmierci naszego współpracownika. Pan Józek był konserwatorem w budynku, wszyscy go dobrze znaliśmy. Przede wszystkim opiekował się sprzętem technicznym. Zawsze można było przyjść do jego kanciapy, porozmawiać. Ktoś mógłby pomyśleć, że to taka drugorzędna postać, ale nic bardziej mylnego. Dopiero gdy zachorował zobaczyliśmy, że to dzięki niemu sprzęt był zawsze sprawny i na swoim miejscu. Że wszystkie urządzenia były podłączone i uruchomione o odpowiedniej porze, bo on o to zadbał. Gdy ktoś potrzebował jakiegoś urządzenia, szedł do Pana Józka, a ten zawsze znalazł najlepszy egzemplarz i poinstruował, jak go używać. Mnie najbardziej brakuje jego żartów i tego, że zawsze gdzieś się kręcił, przywitał się, zamienił dwa słowa.

Śmierci Pana Józka mogliśmy się spodziewać. Od pewnego czasu leżał w śpiączce i z każdym dniem nikła nadzieja na jego wybudzenie, ale sam moment, gdy zawieziono go do szpitala był dla nas szokiem.

Parę miesięcy temu skończył się jeden z moich projektów. Kilka osób było w niego bezpośrednio zaangażowanych. Ci dostali ode mnie w ramach podziękowania drobne upominki i słodycze. Wśród nich miał się znaleźć również Pan Józek. Niestety, w dniu mojego triumfu, on wypoczywał w domu na zwolnieniu lekarskim – przeziębienie albo grypa nie dawały mu spokoju, więc w końcu postanowił o siebie zadbać. Pani Zyta z sekretariatu, robiąc przerwy w przeżuwaniu otrzymanych ode mnie czekoladek, poinformowała, że w przyszłym tygodniu Pan Józek powinien już wrócić ze zwolnienia. Tak też się stało.

DZIĘKUJĘ ZA TĘ ROZMOWĘ.
Zdążyliśmy.

 

Pan Józek wrócił do pracy później niż zapowiadał. Chyba nie zdarzało mu się nie dotrzymywać słowa. Przychodził zawsze o czasie, ale wychodził również nie później niż trzeba. Gdy ktoś próbował mu pewnego dnia narzucić dodatkowe, popołudniowe godziny pracy, asertywnie odpowiedział: mogę pracować najpóźniej do 15.30, mam rodzinę i chcę również z nią spędzać czas. Bardzo mi wtedy zaimponował.

Udało mi się z nim spotkać i wręczyć mu bombonierkę w ramach podziękowania za pomoc i wsparcie w realizacji projektu, który zakończył się sukcesem. Pamiętam, że to dzięki Panu Józkowi zamówiono dla mnie odpowiednie urządzenia. Gdy się okazało, że nie da się ich ze sobą połączyć, choć producent zapewniał, że to możliwe, to Pan Józek poruszył niebo i ziemię, ostatecznie znajdując sposób, by wszystko działało poprawnie w terminie. Kiedy w pewnym momencie wyszło na jaw, że potrzeba drugiego kompletu dokumentacji, to Pan Józek (wraz z Panią Zytą z sekretariatu) szybko zorganizowali papier i odpowiednią drukarkę, by wszystko dopiąć na ostatni guzik.

Ucieszył się z czekoladek, ale połowę wydłubał i wrzucił mi siłą do przedniej kieszeni torby (takiej na laptop), ale upewnił się wcześniej, że nie ma tam czegoś, co mogłoby zostać obsmarowane. Mówił, że tyle to on nie zje, ale był wzruszony. Zagaduję o zdrowie. On na to, że jeszcze nie czuje się całkiem dobrze, ale już trzeba wracać do pracy i że mu trochę tęskno.

Tydzień później zabrało go pogotowie. Potem długo leżał w szpitalu w śpiączce i już się nie obudził. Nie dożył emerytury (jeszcze długo by na nią czekał).

Smutno nam wszystkim bez niego. Ale mnie jest o tyle lżej, że wrócił (na kilka dni!), by usłyszeć podziękowania. Proszę, nie odkładajmy ważnych rozmów na potem. To co dobre, powiedzmy sobie teraz, od razu. Nigdy nie rozstawajmy się skłóceni. Jak się okazuje – czasem wystarczy zwykłe przeziębienie albo nagły wypadek, by nie zdążyć czegoś zmienić na lepsze.

Dziś mi w duszy gra:

Chciałem dać coś dobrego, dałem tylko siebie

„Chciałem być”
tekst: K. Krawczyk

Proszę o modlitwę za duszę Pana Józka.
Nawyk Kochania.

P.S. Jak zwykle imiona i takie mniej istotne szczegóły zostały pozmieniane, żeby uszanować anonimowość osób trzecich, ale historia ogólnie prawdziwa. Stety-niestety.

#45 Dziękuję za „coś z niczego”

Zbieram po jednym płatku, z dwóch stron odmuchuję
i wrzucam do miseczki. Niech się nie marnuje;
nie trawię marnowania żywności – z zasady,
a moja żona – była – ciągle chleb wyrzuca,
gdy tymczasem miliony głodują na świecie…

Marek Koterski, "Dzień świra" (fragment)

Dziś nadszedł czas na oględziny lodówki. Śródmajówkowy dzień dojadania. Niestety, czasem znajduję coś zepsutego lub przeterminowanego, wtedy wyrzucam. Sumienie trochę cierpi, ale tłumaczę sobie, że najważniejsze, to zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby było dobrze. A jak nie jest, to trzeba zrobić wszystko, żeby znów jakoś było.

Ponieważ ostatnio dni przeciekają przez palce, to i z regularnym jedzeniem można się było pożegnać. Wydaje się, że lodówka świeci pustkami, a tymczasem skrywa znalezisko – jogurt naturalny z kończącym się terminem przydatności. Ktoś powie – zwykła sprawa, a dla mnie to rzucona rękawica!

Jedni lubią zaplanować sobie jadłospis na cały tydzień, zrobić odpowiednie zakupy, a potem gotować różne modne pyszności. Ja natomiast mam zdecydowanie większą przyjemność, gdy znajdę jakiś przypadkowy produkt (kupiony nie wiadomo kiedy i po co) i tak zakombinuję, że wyjdzie z niego kulinarne zaskoczenie. Dziś powstały dwa ciasta.

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE UDAŁO SIĘ URATOWAĆ JEDZENIE PRZED ZEPSUCIEM.
Że imponujące rzeczy mogą powstać z niewielu bardzo prostych.
O, żeby z ludźmi też to wychodziło tak łatwo… A może to właśnie jest takie łatwe? Może to w ten sposób działa?

Na pierwszy ogień poszedł placek z jabłkami. Chodzi raczej o rodzaj „bułki” z kawałkami lekko chrupiących, a jednak upieczonych cząstek jabłka. Powstaje w wyniku wymieszania łyżką jogurtu z olejem, jajkami, proszkiem do pieczenia, cukrem i mąką. Do tego są jabłka albo cokolwiek akurat chcemy uchronić przed zgniciem. Po upieczeniu i wystudzeniu można zjeść albo przechować.

Skoro mowa o gniciu – kolejnym wyzwaniem było uratowanie trzech bananów, które jeszcze wczoraj były żółte w drobne, brązowe cętki, a dziś są negatywem samych siebie. Powstał z nich „chlebek bananowy” z rodzynkami, kawałkami suszonych śliwek oraz aromatem przypraw korzennych. To prawdziwe, normalne ciasto, niech Cię nie zmyli nazwa  – bezmyślna kalka amerykańskiego wymysłu („banana bread„), utworzona podobnie bez polotu jak ichni piernik („gingerbread„, czyli w wolnym tłumaczeniu „chlebek imbirowy”).

Przypomniała mi się historia rodzinna, przekazywana z pokolenia na pokolenie, jak to pewnego razu rodzina zjechała (może z zagranicy, a może po prostu z miasta na wieś) i przywiozła "wkupne na spróbowanie". Wszystkie baby obsiadły stół jak mrówki i mlaskały, i chwaliły... A wuj, a może stryj, a może dziadek - siedzi z boku i przygląda się tej maskaradzie, lekko zażenowany. Następnego dnia rozmawia z nim żona i z wyrzutem pyta: "Czemuś nie jadł piernika, taki dobry przywieźli?". Ten się zmieszał i z całą prostotą odparł: "Żem myślał, że to chleb".

Tak się cieszę! Zamiast psujących się produktów mam dwa wspaniałe ciasta. W domu pachnie świątecznie. Lekko mleczny smak jabłecznika przywodzi na myśl „gofry-serduszka” (ale w wersji twardo-łamliwo-chrupiącej), które bardzo często robiła świętej pamięci cioteczna babka, która zabrała przepis na nie do grobu. Jakież proste zachwyty. Ile wspomnień. Ile dobra. Ile kłopotów z głowy!

Dziś mi w duszy gra:

3, 14159265358979323…
Liczba pi

Smacznego!
Nawyk Kochania.

P.S. Wiem, znów o jedzeniu!