#56 Dziękuję za wielkie obietnice

Wydanie na Niedzielę WNIEBOWSTĄPIENIA PAŃSKIEGO
Każdemu zaś z nas została dana łaska według miary daru Chrystusowego. (...) On też ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami, aby przysposobili świętych do wykonywania posługi dla budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa.

Ef 4,7.11-13

Może to nie jest najważniejszy aspekt dzisiejszych czytań, ale jeden obraz nie może mi wyjść z głowy. Nazwę go roboczo „miara Chrystusa”. Gdy mowa o „mierze daru”, wyobrażam sobie Jezusa który trzyma plastikowe naczynie z uchem i skalą. Za chwilę napełnia je po brzegi jakimś płynem, czerpanym z ogromnej beczki. Gdy słyszę „miara wielkości”, nagle myślę o Jezusie, który pracowicie rozwija stalową metrówkę (taką budowlaną). Niestety w mojej głowie nigdy nie pojawił się obraz pełnego naczynia ani rozwiniętej miarki. Nie daje mi spokoju: ile wynosi Chrystusowy „litr” i „metr”.

Samo słowo „miara” występuje w historii o tym, jak Jezus uratował wesele w Kanie Galilejskiej, przemieniając wodę w wino, a innym razem – w przypowieści o wdowie, która robiła zakwas, czy tam inne wypieki.

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą!”. I napełnili je aż po brzegi. 

J 2,6-7

Powiedział im inną przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło». 

Mt 13,33

Jedno źródło podaje autorytarnie, że „miara” to 12 litrów. U archeologów czytam, że około 36,5 litra i raczej skłaniam się ku ich racji, zwłaszcza że potwierdzenie znajduję gdzie indziej. Problem w tym, że jest jeszcze jedna wersja (22 litry). Z tego wniosek, że Jezus napędził od  około 140 do 700 litrów wina, a kobieta miała od 36 do 120 litrów mąki. Choć niepewność pomiarowa jest bardzo duża, to otrzymane wartości przekraczają moją wyobraźnię (nawet te najniższe), co najmniej dziesięciokrotnie.

Inna sytuacja, która pokazuje mi rozmach Chrystusa to rozmnożenie chleba i ryb. Taki cud wydarzył się dwukrotnie. W obu przypadkach kilkoma chlebami i rybami do syta najadł się wielotysięczny tłum ludzi; co istotne – nie dość, że się nażarli, to pewnie jeszcze napchali w kieszenie „na drogę”, a i tak zostało jeszcze mnóstwo resztek.

Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. 

Mt 14,16-21

Te fragmenty uczą mnie jednego: miara darów Jezusa to zawsze „do pełna”. I w tej chwili natychmiast mam przed oczami obraz Chrystusa, który podjeżdża motocyklem na stację benzynową, zdejmuje ciemne okulary i leje paliwo… A za chwilę strofuję swój umysł i przypominam sobie, że to zupełnie nie pasuje do mojego Zbawiciela. On stałby przy tym dystrybutorze i obsługiwał klientów, lejąc im benzynę pod korek. Nawet pewnie nie czekałby aż ktoś zadzwoni dzwonkiem, przywołując obsługę. Nawet by nie pytał, ile kto sobie życzy. Pewnie też nie wystawiłby rachunku. Skąd to wiem? Jezus zapłacił życiem, by zwyciężyć mój grzech. Umarł, ale mało tego, dał się wcześniej ośmeszyć, skazać, umęczyć… Czy może być większa miara?

Wracam do dzisiejszego czytania z listu do Efezjan i widzę, że Jezus każdego przydzielił do jakiejś sekcji. Są apostołowie – „wysłannicy”, czyli chyba tacy, co dużo chodzą i organizują. Prorocy – „głosiciele”, czyli pewnie dużo mówią. Ewangeliści – może ci są od pisania? Pasterze – opiekują się stadem, a nauczyciele wyjaśniają i wychowują. Gdzie pasuję ja? Czy to faktycznie wyczerpuje wszystkie obszary działalności człowieka? Jeśli nie, zawsze można być po prostu stadkiem.

Grunt, że kimkolwiek jestem, gdziekolwiek się odnajduję, jakiekolwiek jest moje powołanie, mogę mieć pewność, że dostanę więcej łask, niż jest to potrzebne, by móc zrealizować swoje zadania. (Przynajmniej tak wynika z tekstu). A jakie są te zadania? Wygląda na to, że wszyscy pracujemy zespołowo nad jednym projektem, którego cele to:

  1. doprowadzenie do tego, żeby wszyscy ludzie uwierzyli w Ewangelię,
  2. stworzenie warunków, żeby każdy się zaziomalił z Synem Bożym,
  3. osiągnięcie doskonałości człowieczeństwa przez każdego!

Trzypunktowy plan wygląda niepozornie, ale jest zapisem iście szalonej wizji, która wygląda jak notatki z jakiegoś szemranego szkolenia biznesowego w podejrzanej korporacji. Przypomina mi się sytuacja, gdy do mojego miasta przyjechał człowiek bardzo podziwiany w środowisku osób zajmujących się czymś, co według nich nie jest piramidą finansową. Tenże biznesowy guru całymi dniami opowiadał ludziom o swoich luksusowych samochodach, które zmienia jak rękawiczki, o egzotycznych wycieczkach i innych wygodach, na które może sobie pozwolić dzięki wytrwałej pracy (innych osób) na rzecz organizacji, którą promuje. Ten sam człowiek sukcesu, który podobno smarka w dolary, waletował na stancji u jednego ze swoich wyznawców. Wniosek nasuwa się sam… prawda? Warto zatem sprawdzić, kim jest ten, który proponuje nam urwany z choinki biznesplan.

Wielkość Boga

Ten, co żyje wiecznie, stworzył wszystko bez wyjątku, Sam tylko Pan uznany będzie za sprawiedliwego. Nikt nie potrafi opisać Jego czynów, a któż będzie mógł zbadać Jego wspaniałe dzieła? Któż zdoła zmierzyć potęgę Jego wielkości i któż potrafi dokładnie opowiedzieć dzieła Jego miłosierdzia? Nie ma tu nic do zmniejszenia ani do dodania, ani nie można zbadać cudownych dzieł Pańskich.  Kiedy człowiek myśli, że skończył, to nawet nie rozpoczął, a kiedy się zatrzyma, nie wie, co robić dalej. 

Syr 18, 1-7
Kto wstąpił do nieba i zstąpił? 
Kto zebrał wiatr w swoje garście? 
Kto wody owinął płaszczem? 
Kto krańce ziemi utworzył? 
Jakie jest jego imię? - A jakie syna? 
Wiadomo ci może? 

Prz 30,4

I tak sobie myślę, że cwaniak biznesu, który skąpi paru złotych na hotel nijak się ma do mojego Boga, który jest jak właściciel wszystkich hoteli i stancji świata.

DZIĘKUJĘ ZA OBIETNICĘ WSZELKICH POTRZEBNYCH ŁASK.
Z górką. I za to, że Chrystus mierzy mnie swoją miarą i się nie brzydzi. A nawet chce zrobić tak, że wyrobię na zakrętach, zabierając ze sobą pasażerów. Że na mnie czeka.

A przy okazji – fragment z Księgi Przysłów naprawdę stamtąd pochodzi. Ale sprawdzam dwa razy, czy to może nie Nowy Testament. Nie, nadal Stary. Hm…

Dziś mi w duszy gra:

Ujrzały wszystkie krańce ziemi
Zbawienie Boga naszego.
Wołaj z radości na cześć Pana, cała ziemio,
Cieszcie się, weselcie i grajcie.

„Cała ziemio wołaj”

„Na koniec świata i jeszcze dalej!”
Nawyk Kochania.

Reklamy

#44 Dziękuję za „z tej mąki chleba nie będzie” i inne stereotypy

Święto pracy,
Uroczystość  św. Józefa, rzemieślnika

Nie wiem, czy pamiętasz, ale „Dziękczynnik codzienny” po raz pierwszy ujrzał światło dzienne 19 marca. Tak się składa, że jest to uroczystość św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Tym samym św. Józef został arbitralnie (przeze mnie) obwołany patronem niniejszego przedsięwzięcia (jeśli chcesz sobie przypomnieć, jak to było, zapraszam to wpisu: #1). Z tego względu nie sposób nie powiedzieć o nim dziś, gdy w Kościele wspominamy go jako rzemieślnika. Oczywiście nie jest to przypadek, że jednocześnie obchodzimy dziś świeckie święto pracy. O tym też będzie.

Myślę, że to dobry dzień na pewne podsumowania. Nie chcę dziś mówić o pracy zawodowej – od niej należy nam się odpoczynek! (Jeśli jednak koniecznie chcesz ją rozpamiętywać, polecam powrót do tego wpisu: #2.) Myślę dziś o blogu, który ma półtora miesiąca. W tym czasie wpisy znacząco ewoluowały – przede wszystkim stały się dłuższe, bardziej rozbudowane. Obok zwykłych relacji z dnia pojawiły się nowe formy: wspomnienia oraz opowiadania. Niezmiennie wyróżniają się wpisy niedzielne i świąteczne. Codzienne pisanie jest ogromnym wyzwaniem, ale (pomijając trzy brakujące teksty, które uzupełnię) uważam, że trzymam się dzielnie. Grono czytelników powiększa się dość nieśmiało, dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy warto? Czy to wyzwanie rzeczywiście jest coś warte? Czy rzeczywiście komuś służy? Czy nadal służy mnie? Bywają chwile zwątpienia, ale czasem jeden Twój komentarz sprawia, że od nowa mam ochotę pisać. Dziękuję!

Przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: "Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? (...)" 
Mt 13,54-55

Gdy myślę o Józefie, przestaję się przejmować statystykami. Przypominam sobie o moim celu – codzienna praktyka dziękowania ma mnie nauczyć, co to znaczy „kochać”. O tym, że święty Józef był cieślą (robotnikiem budowlanym) dowiadujemy się… podsłuchując plotki, jakie krążą o Jezusie w Jego rodzinnej wsi. Ani sam Józef, ani Maryja, ani Jezus nie wspominają słowem o tym, czym się zajmuje głowa rodziny. Mimo to pamiętamy Józefa jako wzorowego opiekuna (czyli dobrego męża i ojca, ale też mężczyznę, który potrafi utrzymać rodzinę). Podejrzewam, że jego praca nie była prestiżowa (o czym świadczą nieco pogardliwe głosy gawiedzi), ale godna, choć rodzinie raczej się nie przelewało – gdy ofiarowano Jezusa w Świątyni, przyniesiono w darze również parę synogarlic lub gołębi, co stanowiło „plan minimum”, „ofiarę ubogich” (Łk 2, 24 ; Kpł 5,7Kpł 12,8).

Czy to przeszkodziło Jezusowi w zostaniu Zbawicielem Wszechświata? Ogólnie – nie, może nawet pomogło. Mam tu na myśli to, że wiele Jezusowych przypowieści odnosi się do codziennych spraw ówczesnego szarego człowieka, co sprawia, że są łatwiejsze do zrozumienia, ale nie byłoby to możliwe, gdyby sam takiego życia nie doświadczył. (Zastanawiam się, czy tak naprawdę nie są to słowa Józefa, które ten kierował do syna, pokazując mu świat, ucząc pracy na roli, czy w gospodarstwie). Widać jednak, że „robotnicze pochodzenie”  Jezusa (brzmi bardzo socjalistycznie, ale niech zostanie, bo nawet pasuje do poglądów reprezentowanych przez opisany tłum) postawiło mentalny mur w głowach Jego sąsiadek i sąsiadów. Nie mogli uwierzyć, że Syn budowlańca może mieć coś mądrego do powiedzenia (mierzyć się z „inteligentami”).

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa z Nazaretu». Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?» Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz!»
J1, 45-46

A wśród słuchających Go tłumów odezwały się głosy: «Ten prawdziwie jest prorokiem». Inni mówili: «To jest Mesjasz». «Ale - mówili drudzy - czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei?
J7, 40-41

Odpowiedzieli mu: «Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei». 
J7, 52

Nie tylko zawód i status materialny Józefa, a tym samym Jezusa, były mało imponujące. Najwyraźniej także pochodzenie nie pasowało do obrazka. Jezus mógł się troić (och, niezamierzony suchy dowcip…), a i tak u niektórych będzie apriorycznie uznany za „mądralę”, który powinien wrócić do noszenia pustaków. Znasz kogoś w podobnym położeniu?

Przed oczami stają mi wszystkie dzieci z najgorszych, najbiedniejszych, najbardziej zapijaczonych dzielnic miasta (w każdym takie się znajdą). Ile razy musiały usłyszeć, że z nich już nic nie będzie? Pewnie miliony. Ile razy było to prawdą? Nigdy, choć takie słowa zabijają ducha w człowieku i mogą skutecznie zniechęcić do rozwijania swoich naturalnych uzdolnień.

Myślę też o wszystkich pracownikach, wykonujących „mało prestiżowe” zawody. Zastanawiam się – co jest wyznacznikiem tego „prestiżu”? Zarobki? (A od czego one zależą? Może od prestiżu? Hmm…) Wykształcenie? (Czy wyjątkiem są sytuacje, że zaradny chłopak bez szkoły rozkręca światowe interesy, a absolwent uniwersytetu obsługuje kasę w hipermarkecie?). Odpowiedzialność? (Czy bezpośrednie ratowanie życia człowieka, który uległ wypadkowi jest większą odpowiedzialnością niż sprawdzanie, czy pojazdy, którymi ci ludzie się poruszają spełniają normy techniczne?). Sposób pracy (umysłowa/fizyczna)? (Jeśli nawet jest tak, że do pracy umysłowej potrzeba jakiejś odpowiedniej inteligencji, a do pracy fizycznej – nie, to czy nigdy nie zdarza się, aby mądry człowiek wybrał tę drugą ścieżkę kariery?). Pożyteczność? (Czy pisanie wierszy jest bardziej pożyteczne od wywozu śmieci? – tu nieodmiennie przypomina mi się wiersz Andrzeja Bursy „Dyskurs z poetą„). Od zawsze rodzice uczyli mnie, że tak samo należy szanować Panią sprzątaczkę w szkole, jak nauczyciela i każdą inną osobę, wykonującą dowolny zawód. Czy to już nieaktualne?

Myślę o wszystkich emigrantach zarobkowych, którzy za granicą parają się jakimkolwiek zajęciem, często poniżej swoich kwalifikacji. Nawet nie chcę zaczynać wątku o sprawiedliwości w takiej sytuacji, ale trochę mnie to męczy.

Myślę o kobietach, o których niejednokrotnie mówi się, że na tym samym stanowisku otrzymują niższe wynagrodzenie niż mężczyźni. O kobietach, które są niechętnie zatrudniane, bo istnieje ryzyko, że zajdą w ciążę, co sprawi pracodawcy kłopot. Myślę o kobietach, które zajmują się domem, a i tak ludzie mówią, że to nie praca (albo gorzej: powiedzą, że dziewczyna nie nadaje się do niczego innego niż bycie „kurą domową”).Wreszcie myślę o tym, że kobiety są powszechnie uważane za mniej zdolne od mężczyzn. Z drugiej strony myślę o mężczyznach, którzy może faktycznie do wielu zawodów są lepiej (biologicznie) przystosowani niż większość kobiet, a mimo to muszą godzić się na parytety (wtedy wielu świetnych facetów odpada w rekrutacji, a ich miejsce zajmuje grupa przeciętnych kobiet, wśród których tylko nieliczne dorównują kwalifikacjami). Myślę o mężczyznach, którzy zaharowują się na śmierć, dnie i noce spędzając w pracy, bo chcą, by ich rodzinie niczego nie zabrakło: jedzenia, pieniędzy, domu, samochodu, wakacji, wygód… Zapominają o relacjach (w końcu to mężczyźni, zadaniowcy), których nie da się kupić.

Myślę o prawdziwych facetach, którzy z sercem wykonują zawody uznane za „damskie” i przez to nie odbierają należnego im uznania. Myślę o kobietach, które wykonują swoją pracę równie dobrze, jak mężczyźni, ale są lekceważone. Myślę o kobietach, które biorą się za tak zwane „męskie zawody” tylko po to, by udowodnić, że potrafią, choć w głębi duszy chciałyby robić coś, co je bardziej pasjonuje. Myślę o dzieciach, które wybierają drogę zawodową w taki sposób, by zadowolić rodziców. Myślę o małżeństwach, które nie doszły do skutku ze względu na „mezalians” i o tych, które mimo tej „przeszkody” zostały zawarte, ale wciąż stawiają czoła krytycznym głosom.

DZIĘKUJĘ ZA UTRWALONE W KULTURZE STEREOTYPY.
Za „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, za „z tej mąki chleba nie będzie”, za „baba z wozu, koniom lżej”, za „jaka praca taka płaca”, za „kto ma rozum zdrowy, nie słucha białogłowy”, za „chłop do cepów, baba do kądzieli”…
DZIĘKUJĘ, ŻE TE „MĄDROŚCI NARODU”, TO TYLKO STEREOTYPY!

Smutno mi, ale widzę światełko w tunelu. Mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdzę pochopnym osądzeniem. Że nigdy nie potraktuję nikogo z góry. Że nie pomyślę o żadnym człowieku źle ze względu na jego przeszłość lub pochodzenie. Nie przykleję łatki. Mam nadzieję, że nie ulegnę stereotypom. Oby mnie też tak nikt nie traktował. Mam nadzieję, że będę innych motywować do rozwijania talentów, słuchania głosu serca i dążenia do dobra (choć te hasła brzmią pusto, aż echo niesie). (Wysokie wymagania, nie ma co).

Dziś mi w duszy gra:

Hej tragarze, drwale, drwale, ładowacze!
Hej, kto kark ma zgięty od najgorszej pracy!
Hej, pomóżcie, ludzie, kamień innym toczyć,
bez żadnych wybiegów mówić prawdę w oczy.

„Hej, pomóżcie, ludzie!”
sł. Leszek Moczulski, muz. Marian Pawlik

 

Pracuję, by służyć innym.
Nawyk Kochania.

#42 Dziękuję za nawróconego Szawła

Wydanie NIEDZIELNE
Wszyscy, którzy go słyszeli, mówili zdumieni: "Czy to nie ten sam, który w Jerozolimie prześladował wyznawców tego imienia i po to tu przybył, aby ich uwięzić i zaprowadzić do arcykapłana?" A Szaweł występował coraz odważniej, dowodząc, że Ten jest Mesjaszem, i szerzył zamieszanie wśród Żydów mieszkających w Damaszku. (...) Kiedy przybył do Jerozolimy, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do Apostołów, i opowiedział im, jak w drodze [Szaweł] ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania przemawiał w Damaszku w imię Jezusa. Dzięki temu przebywał z nimi w Jerozolimie.

Dz 9,21-22.26-28

 

W pewnej świetlicy szkolnej jest kącik religijny dla dzieci. To specjalnie wydzielona strefa, utworzona z myślą o stworzeniu uczniom przestrzeni do wyciszenia się, odrabiania pracy domowej po katechezie, lektury Pisma Świętego, modlitwy lub jej nauki, pogłębiania wiary na własną rękę i zaspokajania ciekawości w oparciu o książki i inne zgromadzone tam pomoce dydaktyczne. Uczniowie mają do tej strefy swobodny dostęp i jeśli chcą, mogą z niej do woli korzystać. Wszyscy wiedzą, że jest to „kącik katolicki”. Ma to istotne znaczenie, ponieważ uczęszczające do świetlicy dzieci są różnych wyznań, a niektóre pochodzą z rodzin ateistycznych.

Któregoś dnia dwóch chłopców z nudów zaczęło oglądać religijne „eksponaty”. Jeden z nich jest niewierzący, dlatego wszystko, co tam zobaczył, było dla niego nowe i ciekawe. Nagle uwagę chłopców przykuło stoisko z prasą katolicką dla dzieci, a szczególnie tytuł czasopisma: „Dominik idzie do Pierwszej Komunii Świętej”. Oburzeni koledzy natychmiast podbiegli do dyżurującej w sali nauczycielki, przekrzykując się i wyrywając sobie nawajem gazetkę. Co wzbudziło w nich takie emocje?

Proszę Pani! To niemożliwe, że Dominik idzie do Komunii, bo on jest niewierzący! – zgodnym chórem krzyczeli obaj. Nauczycielka w pierwszym odruchu spojrzała na nich podejrzliwie. Czy na pewno nie robią sobie z niej żartów? Ich żywe wzburzenie i oczy rozszerzone w zdumieniu nie pozostawiały wątpliwości. Mówią serio.
Wiecie, że na świecie jest jeszcze wielu chłopców o tym imieniu, prawda? „Dominik” to jest tytuł miesięcznika i nie musi się odnosić akurat do waszego kolegi – odpowiedziała nauczycielka, na wszelki wypadek zachowując powagę. Chłopcy uspokoili się i przynajmniej przestali przekrzykiwać. Nagle jeden wypalił:
A do kogo? – zapytał z żywym zainteresowaniem. Kobieta przez chwilę zastanowiła się. Przez chwilę coś jej zaświtało w głowie, że włoskie „domenica” znaczy „niedziela”, a dosłownie „dzień Pański”. Czy właśnie takiej informacji oczekują te dwa małe łobuzy? Raczej będą niepocieszeni. Oni chcą bohatera z krwi i kości – przecież on ma przystąpić do Pierwszej Komunii! Nie pogodzą się z tym, że chodzi po prostu o jakiegoś katolickiego „everymana” (raczej „everyboya”), który de facto nie istnieje – jest jedynie pewnym tworem myślowym. Odpowiedziała naprędce:
Może wzorowali się na świętym Dominiku – odparła, myśląc, że to załatwia sprawę. Nic z tego.

A co to znaczy święty? – zapytał niewierzący chłopiec. Nauczycielce zapalił się grunt pod nogami. Czy na pewno wolno jej z nim o tym rozmawiać? Rodzice mogliby sobie tego nie życzyć i odebrać jako indoktrynację, choć nic takiego nie miała w zamiarze. Nie wiedzieć czemu pomyślała wtedy o Holandii, gdzie nauczyciele boją się dotknąć dziecko by nie zostać oskarżonymi o… różnego rodzaju nadużycia. Boją się udzielić pochwały głaszcząc po głowie, prowadzić za rękę, a już tym bardziej pomóc w zmianie ubrania w sytuacji, gdy dziecko posika się w spodnie (dla własnego dobra lepiej pozwolić, by odparzyło sobie to i owo, niż dać się zamknąć do więzienia). Te wizje wydały jej się tak absurdalne, a jednocześnie na tyle odległe w czasie i przestrzeni, że postanowiła wdać się w dialog ze swoimi małymi, ciekawskimi rozmówcami, ale powściągliwie.
Ludzie wierzący ogłaszają świętymi takie osoby, które robią dużo dobrych rzeczy i które warto naśladować – odparła najogólniej jak się da, omijając kwestię przynależności do Kościoła.
Czyli na pewno nie Ty, Kewin! – złośliwie wypalił chłopak, który uczęszcza na katechezę, więc rozmowa zaczęła go już trochę nudzić.
Janek, dlaczego mu dokuczasz? Każdy może zostać świętym, wy obaj też – zareagowała nauczycielka, ciesząc się, że rozmowa stopniowo schodzi na rejony w których czuje się bardziej komfortowo niż w dyskusjach teologicznych. Włącza się „moduł wychowawca”.
Tak? – zapytał Janek z niedowierzaniem.
A co trzeba zrobić? – wszedł mu w słowo Kewin z wyraźnym zainteresowaniem.
Umrzeć! – wypalił Janek i sam zaśmiał się ze swojego pomysłu. Kewin osłupiał i spojrzał badawczo na nauczycielkę, jednocześnie gasząc jakąkolwiek nadzieję ja to, że przesłuchanie szybko się skończy.
Ktoś ma mnie zabić? – pyta Kewin z wyraźnym zdziwieniem podszytym strachem.
Chodzi o to, że po śmierci jakiejś osoby zbierają się księża, przyglądają się całemu życiu zmarłego, bo dopiero wtedy mogą zrobić całe podsumowanie. I jak uznają, że był święty, to ogłaszają to wszystkim – powiedziała nauczycielka, nie mając pewności, czy chłopcy rzeczywiście jej słuchają.
No, to dobrze powiedziałem, że Kewin nie może być święty, bo wszystkich bije, jest niegrzeczny i nie chodzi na religię, już przepadło! – krzyczy oburzony Janek, żywo gestykulując.

Bardzo wielu świętych na początku było złych, a potem stali się dobrzy – odparła kobieta, a słysząc własne słowa zdumiała się ich prostotą.
Kto na przykład? – zapytał Kewin, a Janek udawał niezainteresowanego, machnął ręką, że niby wszystko już na ten temat wie, bo przygotowuje się do Pierwszej Komunii, ale tak naprawdę nadstawiał uszu. Nauczycielka przez chwilę pożałowała, że nie zna „Żywotów Świętych” na wyrywki, ale za chwilę okazało się to zupełnie zbędne. Odetchnęła z ulgą i podziękowała w duchu za to, że swego czasu zmusiła się do lektury Biblii, a na Mszy podczas Liturgii Słowa ze wszystkich sił stara się nie błądzić myślami.

DZIĘKUJĘ ZA ŚWIADECTWO NAWRÓCENIA ŚWIĘTEGO PAWŁA.
Dziękuję też za upowszechnianie tego motywu w literaturze i sztuce. Dziękuję za współczesne świadectwa życia odważnych katolików, za ich chęć do wzrastania w wierze, ale jednocześnie zdobywanie wiedzy o niej. Dziękuję za osoby nawrócone i za tych, którzy je prowadzą do Jezusa w sposób łagodny i pełen miłości.

Na przykład święty Paweł. Na początku nazywał się Szaweł i zabijał chrześcijan, a później uwierzył w Jezusa i jeździł w bardzo wiele miejsc na świecie, opowiadając o nim – mówiąc o Pawle kobieta przełamała swój opór przed otwartą rozmową  z uczniami na religijne tematy. W razie czego powie, że Paweł z Tarsu i Jezus to przecież postaci historyczne, więc w zasadzie to jest rozmowa o nauce, a nie katecheza.
Jak zabijał? Pistoletem? – zapytał Kewin z zainteresowaniem. Od dłuższego czasu słucha każdego słowa z otwartą buzią. Nauczycielka była natomiast coraz bardziej zdumiona sytuacją, w jakiej została postawiona. Ponieważ pochodziła z rodziny katolickiej, pewną wiedzę nabyła w sposób naturalny, poprzez uczestnictwo w religijnych praktykach. Niektóre rzeczy wydawały się jej tak oczywiste, że wręcz nudne i zbyt błahe, by o nich rozmawiać. Nie przyszło jej dotąd do głowy, że ktoś może nie wiedzieć „tak podstawowych rzeczy”. Teraz miała skonfrontować się z dzieckiem, które nigdy nie słyszało więcej niż imię „Jezus” (najczęściej wypowiedziane nadaremno, jako przerywnik w zdaniu) i nie widziało więcej niż znak Krzyża.
Wtedy jeszcze nie było pistoletów. Może włócznią. Albo rzucał kamieniami, nie pamiętam – wycowała się nauczycielka. Tego było już za wiele. Jej przygotowanie pedagogiczne nie przewidziało takich konfrontacji, jaka odbywała się teraz. Z jednej strony pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma, że to ponad jej nerwy, a z drugiej – zaczęła kiełkować w niej pycha. Kobieta wyobraziła sobie, jakim ważnym jest ogniwem w całym procesie chrystianizacji ludzkości. Wtedy przyszli rodzice obu chłopców i zabrali ich ze świetlicy. Kewin jeszcze odwrócił się w kierunku nauczycielki, otworzył usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale zrezygnował. Powrót do domu z rodzicami nęcił go bardziej. Tam czekała na niego konsola.

 

Dziś mi w duszy gra:

Wielkie są dzieła Twej potęgi Panie i godne podziwu Twoje miłosierdzie!

„Wielkie są dzieła”, muz. J. Sykulski

Kim chcesz zostać w przyszłości?
Nawyk Kochania.

P.S. Jeśli podoba Ci się forma opowiadania, znajdziesz ją również tutaj: #31