#67 Dziękuję za rocznicę

Psychologowie mówią, że po czwartym roku się odechciewa. Jeszcze nie wiem, czy mają rację. Czy to wynika z biologii, czy po prostu życie idzie do przodu i robi się nowe rzeczy, a te stwarzają człowiekowi w głowie nowe porządki. Nie wiem. Na pewno coś się zmienia. Pewnie my.

Czytaj dalej #67 Dziękuję za rocznicę

Reklamy

#55 Dziękuję za pracowite przedpołudnie w ogrodzie

„Zimnych ogrodników” – Pankracy
Jeśli jesteś osobą wrażliwą, to może lepiej nie czytaj drugiego akapitu, bo czekają Cię dość naturalistyczne zachwyty - nad widokami, które raczej uchodzą za obrzydliwe. Nic nie poradzę.

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem prac w ogrodzie. Już wiem, że za jakiś czas będzie trochę truskawek i porzeczek. Mięta się już zadomowiła, sadzonki winogron nieśmiało pną się ku górze. Hiacynty dawno już przekwitły, ale trzyma się jeszcze sporo tulipanów. Trawa skoszona. Czy tak wygląda raj?

Pod trzepakiem znajduję martwego kreta. Przez chwilę myślę, że zaatakował go kot sąsiadów, ale przyglądam się uważniej i nie widzę śladów walki. Pomimo bycia truchłem, kret ma w sobie coś ładnego. Przede wszystkim zachwyca mnie jego aksamitne futerko (przynajmniej takie sprawia wrażenie, bo ręką nie dotknę!). Wyobrażam sobie, że jego pyszczek i łapki są zrobione z modeliny. Czy wiesz, że kret ma ogon i to całkiem długi w porównaniu z resztą ciała? Nie przypomina szczurzego, bo jest pokryty takim samym miękkim futerkiem, jak reszta ciała (z wyjątkiem łap i wydłużonego ryjka).

Skoro mowa o zwierzętach, to chyba wciąż mamy w ogrodzie jeża. W ubiegłym roku osiedlił się tu przed zimą i zakopał w żywopłocie. Wcześniej dłuższy czas szukał odpowiedniego miejsca i tuptał popołudniami tu i ówdzie. Ostatnio znów słyszę jakąś szamotaninę w zaroślach i mam nadzieję, że to on.

Wieczorem sąsiad podarował nam piwonie. Tak bardzo mu się rozrosła, że nie był w stanie utrzymać jej w ryzach, a wyrzucić szkoda. Dzięki temu teraz pod oknem mam ogromny klomb. Tylko czekać, aż zakwitnie. Uwielbiam piwonie! Będę na nie patrzeć każdego rana i posyłać im uśmiech przed wyjściem do pracy.

Cały dzień świeciło słońce i powiewał lekki wietrzyk. Bardzo przyjemnie było zrelaksować się z rodziną w uprzątniętym ogrodzie pod zielonym baldachimem drzew. Nie mogę się doczekać, aż kolejne rośliny zaczną kiełkować. Szczególnie czekam na słoneczniczki.

DZIĘKUJĘ ZA OGRÓD.
Za to, że mogę w nim obserwować jak nieustannie rodzi się życie. We mnie też.

Słoneczniczki stały się symbolem naszego związku. Pod paru lat siejemy je razem co roku. Za pierwszym razem był to zwykły kaprys, ot, żeby w ogrodzie rosło coś więcej niż trawa. Żeby można było popatrzeć na żółte, śmiejące się, kwiatowe buzie. Byliśmy zafascynowani każdym listkiem, który przebijał spod ziemi. Podlewaliśmy, doglądaliśmy. Udało się, choć myśleliśmy, że tutejsza gleba jest całkiem jałowa. Od tamtej pory każdego roku po „żniwach” skrzętnie przechowujemy część nasion naszych słoneczników i ponownie siejemy każdej wiosny, dzięki czemu co roku nasze kwiaty są kolejnym pokoleniem tych pierwszych (z punktu widzenia jakości kwiatów, to chyba nie jest dobry pomysł, ale w tym przypadku oboje jesteśmy bardziej romantyczni niż pragmatyczni). Resztę nasion zjadają sikorki zimą (w ogrodzie mieszka jedna parka). Sami, o dziwo, chyba w ogóle ich nie skubiemy.

Kiedy mamy gorszy dzień i nie możemy się porozumieć, słoneczniki przypominają nam, że od dawna robimy coś wspólnie i oboje chcemy, żeby było piękne. Że trzeba je podlewać. Że są z tego kwiaty i nasiona. Kiedy kłócimy się wiosną i nagle przypomnę sobie, że przez jakieś fochy w tym roku miałoby nie być słoneczników, natychmiast widzę jak bardzo degraduje nas trwanie w egoizmie albo małostkowość. Ogród pozwala przyjąć inną perspektywę i wziąć dziesięć głębokich oddechów. Uczy mnie miłości.

Pomimo tego w domu wszystkie rośliny zdychają, ale możę kiedyś dojdę do wprawy.

Dziś mi w duszy grają Skaldowie:

Twe oczy mówią: kocham.
Niebieskie, jasne oczy twe
i niebo jest blisko,
gdy ty jesteś blisko mnie.
(…)
Dla ciebie wszystkie kwiaty
na ziemię rzuca maj.

„Sady w obłokach”,
tekst: L. A. Moczulski, muzyka: A. Zieliński

Wiosna – wiosna wkoło, rozkwitły bzy
Śpiewa – skowronek nad nami
Drzewa – strzeliły pąkami
Wszystko – kwitnie wkoło – i ja, i ty

„Wszystko kwitnie wkoło”,
tekst: M. Bobrowski, muzyka: A. Zieliński

Czy rośliny uczą Cię miłości?
Nawyk Kochania.

#47 Dziękuję za rower

Wydawało mi się, że pobyt „w dziczy” wymusi na mnie w pierwszej kolejności wdzięczność za ciepłą, bieżącą wodę, sterylną ubikację i spłuczkę. Tymczasem nastąpiło coś zupełnie innego – przewartościowanie. Spodziewana nieujarzmiona tęsknota za wspomnianymi zdobyczami cywilizacji nie nastąpiła. Pochlebiam też sobie, że dopiero pisząc ten tekst myślę o tym, że mogłoby mi brakować również Internetu, telewizji, czy telefonu. Nic z tych rzeczy.

Tylko nas dwoje, rowery i natura. Tego oczekiwaliśmy, ale ze względu na to, że panuje okres wzmożonych urlopów, dopuszczaliśmy myśl o tłumie ludzi na szlakach rowerowych. Ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy tylko kilkoro „lokalsów” i minęliśmy kilka par turystów. Gdy jechaliśmy wzdłuż ulicy, minęło nas tyle samochodów, że możnaby je zliczyć na palcach.

Zapuściliśmy się w takie miejsca, gdzie można się dostać wyłącznie rowerem bądź pieszo (chyba że jest się strażnikiem leśnym, albo jedzie pojazdem uprzywilejowanym). Wyobraź sobie ścieżkę (lub dla wygodnych: drogę asfaltową) w środku lasu. Po obu stronach ściana drzew, co jakiś czas mijamy paśnik, spłoszyliśmy zająca, znaleźliśmy zdechłego zaskrońca, spotkaliśmy grupkę jelonków, która przez chwilę nam się przyglądała, a potem poszła w swoją stronę. Jechaliśmy też przez pola uprawne – jaskrawożółte od rzepaku i zielone od rosnącego zboża. Przekraczaliśmy rzeki i potoki, mijaliśmy zalewy i stawy.

Odkrywam przy okazji, że jazda rowerem to odpowiednie tempo „zwiedzania”. Gdyby w tych samych miejscach trzeba było iść pieszo, prawdopodobnie znudziłyby mnie dość szybko, bo trzeba długo czekać, aż dowiem się, co jest za zakrętem. Tymczasem na rowerze dzieje się to prawie natychmiast, a jednocześnie mam namiastkę spaceru, która dominuje nad „wrażeniem przejażdżki”, takiej jak samochodem, autobusem czy pociągiem. Do tej pory tylko jazda rowerem i konno dały mi takie uczucie: „szybkiego chodzenia” w towarzystwie (pojazdu lub zwierzęcia).

To była nasza pierwsza wspólna wycieczka rowerowa (gdyby zależało mi na przyciągających uwagę, dwuznacznych tytułach tekstów, ten brzmiałby „dziękuję za pierwszy raz”). Tak sobie myślę: dlaczego nie można celebrować wszystkich wspólnych pierwszych razów? Dlaczego tylko ten jeden jest tak wyróżniony? Uważam to za ogromne zubożenie. Dla mnie (sądzę, że dla nas obojga) zwykłe wspólne jeżdżenie na rowerze było wyjątkową przygodą. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wieloma sprawami. Czy damy radę tak długim trasom? (Chodzi o kilkadziesiąt kilometrów, dla jednych do dużo, dla innych mało; my nie jesteśmy jakimiś cyklistami, prawdę mówiąc prawie w ogóle nie jeździmy rowerami, to był szalony pomysł…). Czy będziemy się kłócić o to, że ktoś opóźnia lub przyspiesza? Czy obojgu nam przypadnie do gustu ten sposób spędzania wolnego czasu? Te pytania nie były nerwowe. Raczej ciekawiło nas, jak odnajdziemy się razem w kolejnej sytuacji życiowej. Powiem tak: póki co, bardzo dobrze, a nawet wzorowo.

DZIĘKUJĘ ZA WYCIECZKI ROWEROWE.
Za wspólnie spędzony czas, odpoczynek na łonie natury, wyzwania i atrakcje.

Jedynymi większymi grupami ludzi, jakie spotkaliśmy byli kajakarze, amatorzy grilla i klienci w sklepie (z tymi mieliśmy najbliższy kontakt, reszta – na dystans). To oni przypomnieli nam, dlaczego jednak nie mieszkamy w namiocie, na co dzień nie myjemy się w rzece (choć bardzo przyjemnie było się w niej schłodzić po powrocie z długiej trasy rowerem), dlaczego kąpiel w jeziorze to za mało, po co jest mydło i inne kosmetyki oraz jakie znaczenie ma posiadanie więcej niż trzech kompletów ubrań. Rzeczywiście mogliśmy żyć bez tego wszystkiego (choć utrzymywaliśmy jakiś podstawowy poziom higieny, zatem trochę oszukaństwo, ale jednak takie drobne). W krótkim czasie poczuliśmy się jak buszmeni-odszczepieńcy. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami na świecie (jak w raju!). A jednak (to chyba zdrowo!) widzimy świat poza sobą. I w tym świecie jest miejsce dla innych ludzi, mimo naszego gawiedziowstrętu.

Dziś mi w duszy gra:

You say Lord – I say Christ,
I don’t believe in Peter Pan,
Frankenstein or Superman.
All I wanna do is:
Bicycle, bicycle, bicycle…

„Bicycle race”
Autor: Feddie Mercury

Pozdrowienia dla rowerzystów!
Nawyk Kochania.

 

P.S. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak marudzę na brak urlopu, oraz jak lubię spędzać wolny czas, to odsyłam do tego wpisu: #41

Jeśli natomiast kogoś zaciekawiło, co sądzę o „drugiej połówce”, zapraszam tu: #6