#42 Dziękuję za nawróconego Szawła

Wydanie NIEDZIELNE
Wszyscy, którzy go słyszeli, mówili zdumieni: "Czy to nie ten sam, który w Jerozolimie prześladował wyznawców tego imienia i po to tu przybył, aby ich uwięzić i zaprowadzić do arcykapłana?" A Szaweł występował coraz odważniej, dowodząc, że Ten jest Mesjaszem, i szerzył zamieszanie wśród Żydów mieszkających w Damaszku. (...) Kiedy przybył do Jerozolimy, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do Apostołów, i opowiedział im, jak w drodze [Szaweł] ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania przemawiał w Damaszku w imię Jezusa. Dzięki temu przebywał z nimi w Jerozolimie.

Dz 9,21-22.26-28

 

W pewnej świetlicy szkolnej jest kącik religijny dla dzieci. To specjalnie wydzielona strefa, utworzona z myślą o stworzeniu uczniom przestrzeni do wyciszenia się, odrabiania pracy domowej po katechezie, lektury Pisma Świętego, modlitwy lub jej nauki, pogłębiania wiary na własną rękę i zaspokajania ciekawości w oparciu o książki i inne zgromadzone tam pomoce dydaktyczne. Uczniowie mają do tej strefy swobodny dostęp i jeśli chcą, mogą z niej do woli korzystać. Wszyscy wiedzą, że jest to „kącik katolicki”. Ma to istotne znaczenie, ponieważ uczęszczające do świetlicy dzieci są różnych wyznań, a niektóre pochodzą z rodzin ateistycznych.

Któregoś dnia dwóch chłopców z nudów zaczęło oglądać religijne „eksponaty”. Jeden z nich jest niewierzący, dlatego wszystko, co tam zobaczył, było dla niego nowe i ciekawe. Nagle uwagę chłopców przykuło stoisko z prasą katolicką dla dzieci, a szczególnie tytuł czasopisma: „Dominik idzie do Pierwszej Komunii Świętej”. Oburzeni koledzy natychmiast podbiegli do dyżurującej w sali nauczycielki, przekrzykując się i wyrywając sobie nawajem gazetkę. Co wzbudziło w nich takie emocje?

Proszę Pani! To niemożliwe, że Dominik idzie do Komunii, bo on jest niewierzący! – zgodnym chórem krzyczeli obaj. Nauczycielka w pierwszym odruchu spojrzała na nich podejrzliwie. Czy na pewno nie robią sobie z niej żartów? Ich żywe wzburzenie i oczy rozszerzone w zdumieniu nie pozostawiały wątpliwości. Mówią serio.
Wiecie, że na świecie jest jeszcze wielu chłopców o tym imieniu, prawda? „Dominik” to jest tytuł miesięcznika i nie musi się odnosić akurat do waszego kolegi – odpowiedziała nauczycielka, na wszelki wypadek zachowując powagę. Chłopcy uspokoili się i przynajmniej przestali przekrzykiwać. Nagle jeden wypalił:
A do kogo? – zapytał z żywym zainteresowaniem. Kobieta przez chwilę zastanowiła się. Przez chwilę coś jej zaświtało w głowie, że włoskie „domenica” znaczy „niedziela”, a dosłownie „dzień Pański”. Czy właśnie takiej informacji oczekują te dwa małe łobuzy? Raczej będą niepocieszeni. Oni chcą bohatera z krwi i kości – przecież on ma przystąpić do Pierwszej Komunii! Nie pogodzą się z tym, że chodzi po prostu o jakiegoś katolickiego „everymana” (raczej „everyboya”), który de facto nie istnieje – jest jedynie pewnym tworem myślowym. Odpowiedziała naprędce:
Może wzorowali się na świętym Dominiku – odparła, myśląc, że to załatwia sprawę. Nic z tego.

A co to znaczy święty? – zapytał niewierzący chłopiec. Nauczycielce zapalił się grunt pod nogami. Czy na pewno wolno jej z nim o tym rozmawiać? Rodzice mogliby sobie tego nie życzyć i odebrać jako indoktrynację, choć nic takiego nie miała w zamiarze. Nie wiedzieć czemu pomyślała wtedy o Holandii, gdzie nauczyciele boją się dotknąć dziecko by nie zostać oskarżonymi o… różnego rodzaju nadużycia. Boją się udzielić pochwały głaszcząc po głowie, prowadzić za rękę, a już tym bardziej pomóc w zmianie ubrania w sytuacji, gdy dziecko posika się w spodnie (dla własnego dobra lepiej pozwolić, by odparzyło sobie to i owo, niż dać się zamknąć do więzienia). Te wizje wydały jej się tak absurdalne, a jednocześnie na tyle odległe w czasie i przestrzeni, że postanowiła wdać się w dialog ze swoimi małymi, ciekawskimi rozmówcami, ale powściągliwie.
Ludzie wierzący ogłaszają świętymi takie osoby, które robią dużo dobrych rzeczy i które warto naśladować – odparła najogólniej jak się da, omijając kwestię przynależności do Kościoła.
Czyli na pewno nie Ty, Kewin! – złośliwie wypalił chłopak, który uczęszcza na katechezę, więc rozmowa zaczęła go już trochę nudzić.
Janek, dlaczego mu dokuczasz? Każdy może zostać świętym, wy obaj też – zareagowała nauczycielka, ciesząc się, że rozmowa stopniowo schodzi na rejony w których czuje się bardziej komfortowo niż w dyskusjach teologicznych. Włącza się „moduł wychowawca”.
Tak? – zapytał Janek z niedowierzaniem.
A co trzeba zrobić? – wszedł mu w słowo Kewin z wyraźnym zainteresowaniem.
Umrzeć! – wypalił Janek i sam zaśmiał się ze swojego pomysłu. Kewin osłupiał i spojrzał badawczo na nauczycielkę, jednocześnie gasząc jakąkolwiek nadzieję ja to, że przesłuchanie szybko się skończy.
Ktoś ma mnie zabić? – pyta Kewin z wyraźnym zdziwieniem podszytym strachem.
Chodzi o to, że po śmierci jakiejś osoby zbierają się księża, przyglądają się całemu życiu zmarłego, bo dopiero wtedy mogą zrobić całe podsumowanie. I jak uznają, że był święty, to ogłaszają to wszystkim – powiedziała nauczycielka, nie mając pewności, czy chłopcy rzeczywiście jej słuchają.
No, to dobrze powiedziałem, że Kewin nie może być święty, bo wszystkich bije, jest niegrzeczny i nie chodzi na religię, już przepadło! – krzyczy oburzony Janek, żywo gestykulując.

Bardzo wielu świętych na początku było złych, a potem stali się dobrzy – odparła kobieta, a słysząc własne słowa zdumiała się ich prostotą.
Kto na przykład? – zapytał Kewin, a Janek udawał niezainteresowanego, machnął ręką, że niby wszystko już na ten temat wie, bo przygotowuje się do Pierwszej Komunii, ale tak naprawdę nadstawiał uszu. Nauczycielka przez chwilę pożałowała, że nie zna „Żywotów Świętych” na wyrywki, ale za chwilę okazało się to zupełnie zbędne. Odetchnęła z ulgą i podziękowała w duchu za to, że swego czasu zmusiła się do lektury Biblii, a na Mszy podczas Liturgii Słowa ze wszystkich sił stara się nie błądzić myślami.

DZIĘKUJĘ ZA ŚWIADECTWO NAWRÓCENIA ŚWIĘTEGO PAWŁA.
Dziękuję też za upowszechnianie tego motywu w literaturze i sztuce. Dziękuję za współczesne świadectwa życia odważnych katolików, za ich chęć do wzrastania w wierze, ale jednocześnie zdobywanie wiedzy o niej. Dziękuję za osoby nawrócone i za tych, którzy je prowadzą do Jezusa w sposób łagodny i pełen miłości.

Na przykład święty Paweł. Na początku nazywał się Szaweł i zabijał chrześcijan, a później uwierzył w Jezusa i jeździł w bardzo wiele miejsc na świecie, opowiadając o nim – mówiąc o Pawle kobieta przełamała swój opór przed otwartą rozmową  z uczniami na religijne tematy. W razie czego powie, że Paweł z Tarsu i Jezus to przecież postaci historyczne, więc w zasadzie to jest rozmowa o nauce, a nie katecheza.
Jak zabijał? Pistoletem? – zapytał Kewin z zainteresowaniem. Od dłuższego czasu słucha każdego słowa z otwartą buzią. Nauczycielka była natomiast coraz bardziej zdumiona sytuacją, w jakiej została postawiona. Ponieważ pochodziła z rodziny katolickiej, pewną wiedzę nabyła w sposób naturalny, poprzez uczestnictwo w religijnych praktykach. Niektóre rzeczy wydawały się jej tak oczywiste, że wręcz nudne i zbyt błahe, by o nich rozmawiać. Nie przyszło jej dotąd do głowy, że ktoś może nie wiedzieć „tak podstawowych rzeczy”. Teraz miała skonfrontować się z dzieckiem, które nigdy nie słyszało więcej niż imię „Jezus” (najczęściej wypowiedziane nadaremno, jako przerywnik w zdaniu) i nie widziało więcej niż znak Krzyża.
Wtedy jeszcze nie było pistoletów. Może włócznią. Albo rzucał kamieniami, nie pamiętam – wycowała się nauczycielka. Tego było już za wiele. Jej przygotowanie pedagogiczne nie przewidziało takich konfrontacji, jaka odbywała się teraz. Z jednej strony pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma, że to ponad jej nerwy, a z drugiej – zaczęła kiełkować w niej pycha. Kobieta wyobraziła sobie, jakim ważnym jest ogniwem w całym procesie chrystianizacji ludzkości. Wtedy przyszli rodzice obu chłopców i zabrali ich ze świetlicy. Kewin jeszcze odwrócił się w kierunku nauczycielki, otworzył usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale zrezygnował. Powrót do domu z rodzicami nęcił go bardziej. Tam czekała na niego konsola.

 

Dziś mi w duszy gra:

Wielkie są dzieła Twej potęgi Panie i godne podziwu Twoje miłosierdzie!

„Wielkie są dzieła”, muz. J. Sykulski

Kim chcesz zostać w przyszłości?
Nawyk Kochania.

P.S. Jeśli podoba Ci się forma opowiadania, znajdziesz ją również tutaj: #31

Reklamy

#28 Dziękuję za różne sposoby na Słowo Boże

Wydanie na Niedzielę

II Narodowy Dzień Czytania Pisma Świętego.
Rozpoczyna się X Tydzień Biblijny.
Hasło: „Jesteśmy napełnieni Duchem Świętym”
W tym roku: List św. Pawła Apostoła do Rzymian.

Plan na dziś był taki, żeby przyłączyć się do Tygodnia Biblijnego i wspólnie z Tobą pomedytować nad Listem do Rzymian. Wszystko zmieniła wieczorna Msza Święta i jedno zdanie: „Macie tu coś do jedzenia?”.

Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: «Macie tu coś do jedzenia?» Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. 

Łk 24, 41-43

Wydało się, jestem prawdziwym maszketnikiem (mrugam okiem w kierunku Śląska)! Łatwo mnie uszczęśliwić – wystarczy nakarmić. Czymkolwiek, ale najlepiej pysznościami. Nic dziwnego, że mózg wyłowił słowo „jedzenie” nawet w Ewangelii. (Już o tym trochę było w tym wpisie: #10).

Tak sobie myślę, że Jezus to był taki swój chłop. Nie obnosił się ze swoją misją ewangelizacyjną w stylu „proszę wstać, sąd idzie!”, „Baczność! Do hymnu!”. Przychodzi do starych kumpli, mówi „hasło”, które działa do tej pory, gdy się do kogokolwiek zadzwoni domofonem ( –  Kto tam? – To ja!). Gwarantuję, otwiera wszystkie drzwi!

I co dalej? Czyżby zaczął z grubej rury wytykać im niedowiarstwo? Czyżby wyskoczył z „a nie mówiłem”? Nie! „Głodny jestem” (prawdziwy facet). Nic dziwnego – po robocie mu się należy. Myślę jednak, że jedzenie zawsze było wysoko w hierarchii potrzeb Jezusa. O ile dobrze pamiętam, dwukrotnie rozmnażał jedzenie dla tłumów, które przyszły go słuchać, wskrzeszoną dziewczynkę w pierwszej kolejności kazał nakarmić, sam też chętnie uczestniczył w ucztach. Pierwszy cud: przemienienie wody w wino. Najważniejsze słowa, cytowane podczas każdej Eucharystii: „bierzcie i jedzcie…”.

I tak gada sobie z kolegami przy rybce, że się udał plan, o którym tyle rozmawiali wcześniej i o tym, że jest interes do zrobienia. Trochę ich tam po męsku zruga, ale wszyscy wiemy, jakie są te męskie przekomarzania przy grillu.

Pamiętam, jak wielkim odkryciem było dla mnie, ze Biblia nie zawsze uderza w wysokie tony. Owszem, jej język jest przeważnie archaiczny, co niektórym sprawia szczególną przyjemność (ale do tego trzeba mieć duszę archiwisty lub filologa klasycznego, czy innego lingwisty-wrażliwca), ale innym zdecydowanie przeszkadza. Mimo to, gdy się w jakiś sposób pokona tę barierę, nagle jak zza mgły wyłaniają się takie namacalnie rzeczywiste historie. Łatwo powiedzieć… i nietrudno zrobić! Okazuje się, że jest wiele możliwości „oswojenia się” z Pismem Świętym i opowiem dziś o kilku moich odkryciach, ale najpierw:

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE MOGĘ CZYTAĆ LUB W INNY SPOSÓB POZNAWAĆ PISMO ŚWIĘTE BEZ PRZESZKÓD.
Ale szczególnie dziękuję tym, którzy przyczynili się do jego oswojenia.

W moim przypadku język Biblii nie był dużą przeszkodą. Problem był dużo bardziej prozaiczny: lany tekst. Czasem gubię się w dialogach, ponieważ nie są graficznie wydzielone. Kto by pomyślał, że taki drobiazg będzie mnie skutecznie zniechęcał. Tymczasem okazało się, że powstała wersja, która rekompensuje mi tę trudność z nawiązką: Biblia audio. Nie jest to zwyczajny audiobook. To stworzone z pietyzmem słuchowisko, w którym wszystkie kwestie zostały rozpisane na role i są czytane przez wielu ludzi. Nieprzypadkowo dobrane dźwięki (muzyka, odgłosy, mowa aktorów) sprawiają, że w wyobraźni słuchacza rozgrywają się sceny jak z filmu. Dzięki temu projektowi udało mi się przebrnąć przez cały Nowy Testament z ogromną przyjemnością. Najważniejsze chyba, że ta forma pozwala mi zapamiętać dużo więcej treści. Nie mogę się doczekać rozpoczęcia przygody ze Starym Testamentem, między innymi dlatego, że wiele z użytych tam dźwięków zostało nagranych w Izraelu! Biblia audio jest w całości darmowa, chyba że komuś zależy na wydaniu w pięknym pudełeczku, to może takie kupić.

Inny sposób oswojenia Biblii, który wydaje mi się interesujący, to komiks. Nie mam tu na myśli typowych, dziecięcych książeczek z opowiadaniami napisanymi na podstawie Pisma Świętego. Takich rozpoczynających się od „dawno, dawno temu” i okraszonych ładnymi, pastelowymi obrazeczkami. Chodzi o dynamiczne obrazki w stylu Marvela (nasycone kolory, wyraźne kontrasty, ostre rysy postaci, powykrzywiane miny, muskuły na wierzchu). Oprócz niewątpliwych walorów estetycznych – komiks również rozwiązuje mój problem z gubieniem się w dialogach, co potęguje mój zachwyt, aczkolwiek nie wyobrażam sobie poprzestania na samym komiksie.

Wreszczie trzecia rzecz, która mnie do Biblii zachęca, to homilie. Można powiedzieć, że moje nawrócenie zaczęło się przez Internet. W chwili kryzysu i zwątpienia w instytucję kościoła oraz jej włodarzy przypomniało mi się, że kiedyś na katechezie w szkole słuchaliśmy dość ciekawych konferencji księdza Piotra Pawlukiewicza, który jakiś czas później nas odwiedził. To wspomnienie było na tyle ciepłe, że sprowokowało mnie do wyszukania podobnych treści w Internecie. I zaczęło się… Z czasem anegdoty księdza Pawlukiewicza nie wystarczały. Dalej pojawiła się chęć śledzenia aktywności księdza Adama Szustaka, następnie jego projektów ze współbraćmi. Później było odkrycie księdza Augustyna Pelanowskiego i księdza Piotra Glasa. Każdy z nich ma nieco inny punkt widzenia, odmienny styl prezentowania treści oraz na inne sprawy kładzie nacisk. Każdy sprawdził się w innym momencie mojego życia. Aż wreszcie dotarło do mnie, że skoro codziennie słucham Słowa Bożego z komentarzem w Internecie, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby robić to na Mszy. Tak oto zaczęło się moje regularne chodzenie do Kościoła, a czytanie Biblii przestało być w moich oczach czynnością dla wybrańców. Z czasem przyszła mi również odwaga do tego, by poszukać sobie parafii, której „styl” mi odpowiada.

Jeszcze jedno! Często zdarza się, że tekst pieśni liturgicznych jest w rzeczywistości cytatem z Pisma Świętego. Bywa tak, że podśpiewuję je sobie pod nosem, bez świadomości, że cytuję Biblię. Gdy jednak pewnego dnia trafię na odpowiedni ustęp Pisma, mam poczucie spotkania ze starym znajomym. Gęba mi się śmieje, myślę „znam to!”, czuję radość i dumę. Wtedy z chęcią czytam wszystko dookoła znanego mi fragmentu, poznaję kontekst i szukam komentarzy.

Podobno w sąsiedniej parafii działa koło biblijne. Uważam to za wspaniałą inicjatywę. Uczestniczę czasem w spotkaniach osób (świeckich), które chciałyby pogłębiać swoją wiarę i wspólna lektura Pisma Świętego oraz późniejsza dyskusja okazały się dla mnie bardzo otwierające na nowe punkty widzenia i sposoby wczytywania się w Biblię. Dlatego (choć ten pomysł początkowo wydawał mi się szalony) serdecznie polecam spróbowanie takiej przygody z Biblią w tandemie lub większej grupie.

Możemy wybierać. Choć Kościół katolicki ma wielowiekowe tradycje, nie ma nic złego w tym, by wprowadzać do niego nowoczesne rozwiązania, jeśli tylko prowadzą do Boga. Takie jest moje zdanie.

Dziś mi w duszy gra:

„Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych, nie wchodzi na drogę grzeszników i nie siada w kole szyderców, lecz ma upodobanie w Prawie Pana, nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą”.

Ps 1, 1-2.

Duchu Święty, napełnij nas!
Nawyk Kochania.

#21 Dziękuję za ciągłe niepowodzenia

Wydanie na Niedzielę Bożego Miłosierdzia
"W pewnej chwili dał mi Jezus poznać, że kiedy Go proszę w intencji jaką mi nieraz polecają, jest zawsze gotów udzielić Swych łask, tylko dusze nie zawsze chcą je przyjąć. Serce Moje jest przepełnione miłosierdziem wielkim dla dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. Oby mogły zrozumieć, że Ja jestem dla nich Ojcem najlepszym, ze dla nich wypłynęła z Serca Mojego Krew i Woda, jako z krynicy przepełnionej miłosierdziem,dla nich mieszkam w tabernakulum, jako Król miłosierdzia, pragnę obdarzać dusze
łaskami, ale nie chcą ich przyjąć. Przynajmniej ty przychodź do Mnie jak najczęściej i bierz te łaski, których oni przyjąć nie chcą, a tym pocieszysz serce Moje. O, jak wielka jest obojętność dusz za tyle dobroci, z a tyle dowodów miłości. Serce Moje napawa się sama niewdzięcznością, zapomnieniem od dusz żyjących w świecie"

s. M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek Miłosierdzie Boże w duszy mojej, 367. 
 

Do Kościoła przyciągnęła mnie muzyka. Oczywiście na początku były to tylko doznania estetyczne, z czasem jednak udało mi się odkryć głębię. Okazuje się, że z dużą łatwością zapamiętuję i lepiej rozumiem teksty Pisma Świętego jeśli są zaśpiewane, niż gdy ktoś je czyta. Na pewno dużą rolę w całym procesie odgrywa na przykład akustyka kościołów, przystosowanych do powolnego i śpiewnego mówienia bez mikrofonów. Inna sprawa – lektorzy często nie są należycie przygotowani do swojej roli, więc czytają w sposób mechaniczny, retorycznie niedopuszczalny, bezrefleksyjny. Melodia sprawia, że przede wszystkim mam szansę tekst usłyszeć, po drgugie – jego słuchanie nie jest dla mnie uciążliwe, a wręcz przyjemne, a ponadto nieraz międlę tekst w umyśle przez cały dzień, aż w końcu dotrze do mnie jego treść.

W wyniku tych refleksji nabieram przekonania, że może inni też tak mają. Że może warto zachwycić kogoś śpiewem, by ten zachwycił się Bogiem. Nieraz łapię się na tym, że słucham jakiejś niepozornej „piosenki”, zachwycam się jej tekstem i nagle odkrywam, że jest to („zwykły”) fragment Pisma Świętego albo wiersz Jana Pawła II, Księdza Malińskiego albo siostry Faustyny. Takie myśli doprowadziły do tego, że od ponad roku intensywnie zajmuję się śpiewaniem muzyki liturgicznej. Wcześniej również to się zdarzało, ale raczej nieregularnie.

Tym przydługim wstępem chcę Cię przygotować na moje bardzo osobiste wyznanie. Dziś był mój kolejny „koncert” (który był tak naprawdę modlitwą, ale w formie muzycznej), na który wiele osób zostało zaproszonych i tylko niewielka część z nich pojawiła się. Trochę mnie to smuci, ale…

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE MOJE ZAPROSZENIA PRZEWAŻNIE SĄ NIESKUTECZNE.
W ten sposób ćwiczę się w pokorze i wytrwałości.

Za każdym razem moje zaproszenia mają przede wszystkim wymiar ewangelizacyjny. Chcę pokazać osobom „wierzącym-niepraktykującym” piękno liturgii, ożywić w nich Słowo Boże. Najbardziej bolesne jest, że w okresie mojego intensywnego śpiewania nigdy nie przyszli nas posłuchać moi rodzice, ani na koncercie, ani nawet podczas zwykłej oprawy niedzielnej Mszy Świętej. Nigdy też nie przesłuchali płyty z nagraniami.

Pamiętam też taką sytuację: powiadamiam o dużym wydarzeniu muzycznym „potencjalnie zainteresowanych” znajomych oraz moich najbliższych. W ostatniej chwili zmieniam zdanie i wysyłam wiadomości również do tych, którzy prawie na pewno je zignorują, a może nawet wyśmeją. Łatwo się domyślić, jak skończyła się ta historia: przyszła tylko jedna osoba z grona najbliższych i kilka ze wspomnianej grupy „rezerwowej”. Mało tego, wymienione osoby zaczęły w szerszym gronie odważniej mówić o swojej wierze!

Można się ucieszyć i myśleć: udało się odrobinę zmienić świat. Z drugiej strony można się też  zamartwiać i myśleć: znów porażka, skuteczność zapraszania rzędu kilku procent! Wybieram cieszenie się. Zauważam też ciekawą rzecz: prawie zawsze po większych wydarzeniach muzycznych spotykam co najmniej jedną osobę-prezent, czyli zupełnie niespodziewaną, jak kumpel z dzieciństwa, znajoma z dawnej pracy, znany muzyk (kto tu kogo powinien oklaskiwać?!). Dla mnie te paciorki, te zguby są wspaniałym wynagrodzeniem, na równi z tymi, którzy nigdy nie zawiedli, są zawsze i wspierają.

Mam takie podejrzenia, że wszystkie te porażki są moją tarczą, która chroni przed pychą. Zawsze istnieje pokusa, żeby siebie postawić w centrum, traktować przybyłe na koncet osoby jako swoich fanów. Oczywiście doceniam, że ktoś przychodzi ze względu na mnie, ale moja radość powinna wypływać z tego, że jestem narzędziem w rękach Boga, a nie z tego, że ktoś będzie mi klaskał.  Ponadto myślę sobie, że skoro moje zapraszanie niektórych osób, w tym rodziców, od około roku nie przynosi skutków, to może trzeba odpuścić – przecież oni dość dobitnie pokazują brak zainteresowania. Gdyby chodziło o sprawy ludzkie – tak należałoby zrobić, ale czuję, że skoro chodzi o czyjeś życie wieczne, to nie można się poddawać.

Ćwiczę się w wytrwałości. Myślę też, że największe owoce przynosi przede wszystkim pilnowanie siebie i staranie się o to, by być dobrym człowiekiem i pociągnąć ludzi do dobra poprzez przykład, a nie namawianie. Chyba chodzi też o to, żeby robić swoje, angażując w to wszystkie siły, ale jednocześnie oddać się woli Bożej. Daleka droga przede mną…

 

Dziś mi w duszy gra:

„O Krwi i Wodo, któraś wytrysnęła z Serca Jezusowego
jako zdrój Miłosierdzia dla nas – ufamy Tobie”

s. M. Faustyna Kowalska

Zaufajmy Jezusowi Miłosiernemu.
Nawyk Kochania.