#21 Dziękuję za ciągłe niepowodzenia

Wydanie na Niedzielę Bożego Miłosierdzia
"W pewnej chwili dał mi Jezus poznać, że kiedy Go proszę w intencji jaką mi nieraz polecają, jest zawsze gotów udzielić Swych łask, tylko dusze nie zawsze chcą je przyjąć. Serce Moje jest przepełnione miłosierdziem wielkim dla dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. Oby mogły zrozumieć, że Ja jestem dla nich Ojcem najlepszym, ze dla nich wypłynęła z Serca Mojego Krew i Woda, jako z krynicy przepełnionej miłosierdziem,dla nich mieszkam w tabernakulum, jako Król miłosierdzia, pragnę obdarzać dusze
łaskami, ale nie chcą ich przyjąć. Przynajmniej ty przychodź do Mnie jak najczęściej i bierz te łaski, których oni przyjąć nie chcą, a tym pocieszysz serce Moje. O, jak wielka jest obojętność dusz za tyle dobroci, z a tyle dowodów miłości. Serce Moje napawa się sama niewdzięcznością, zapomnieniem od dusz żyjących w świecie"

s. M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek Miłosierdzie Boże w duszy mojej, 367. 
 

Do Kościoła przyciągnęła mnie muzyka. Oczywiście na początku były to tylko doznania estetyczne, z czasem jednak udało mi się odkryć głębię. Okazuje się, że z dużą łatwością zapamiętuję i lepiej rozumiem teksty Pisma Świętego jeśli są zaśpiewane, niż gdy ktoś je czyta. Na pewno dużą rolę w całym procesie odgrywa na przykład akustyka kościołów, przystosowanych do powolnego i śpiewnego mówienia bez mikrofonów. Inna sprawa – lektorzy często nie są należycie przygotowani do swojej roli, więc czytają w sposób mechaniczny, retorycznie niedopuszczalny, bezrefleksyjny. Melodia sprawia, że przede wszystkim mam szansę tekst usłyszeć, po drgugie – jego słuchanie nie jest dla mnie uciążliwe, a wręcz przyjemne, a ponadto nieraz międlę tekst w umyśle przez cały dzień, aż w końcu dotrze do mnie jego treść.

W wyniku tych refleksji nabieram przekonania, że może inni też tak mają. Że może warto zachwycić kogoś śpiewem, by ten zachwycił się Bogiem. Nieraz łapię się na tym, że słucham jakiejś niepozornej „piosenki”, zachwycam się jej tekstem i nagle odkrywam, że jest to („zwykły”) fragment Pisma Świętego albo wiersz Jana Pawła II, Księdza Malińskiego albo siostry Faustyny. Takie myśli doprowadziły do tego, że od ponad roku intensywnie zajmuję się śpiewaniem muzyki liturgicznej. Wcześniej również to się zdarzało, ale raczej nieregularnie.

Tym przydługim wstępem chcę Cię przygotować na moje bardzo osobiste wyznanie. Dziś był mój kolejny „koncert” (który był tak naprawdę modlitwą, ale w formie muzycznej), na który wiele osób zostało zaproszonych i tylko niewielka część z nich pojawiła się. Trochę mnie to smuci, ale…

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE MOJE ZAPROSZENIA PRZEWAŻNIE SĄ NIESKUTECZNE.
W ten sposób ćwiczę się w pokorze i wytrwałości.

Za każdym razem moje zaproszenia mają przede wszystkim wymiar ewangelizacyjny. Chcę pokazać osobom „wierzącym-niepraktykującym” piękno liturgii, ożywić w nich Słowo Boże. Najbardziej bolesne jest, że w okresie mojego intensywnego śpiewania nigdy nie przyszli nas posłuchać moi rodzice, ani na koncercie, ani nawet podczas zwykłej oprawy niedzielnej Mszy Świętej. Nigdy też nie przesłuchali płyty z nagraniami.

Pamiętam też taką sytuację: powiadamiam o dużym wydarzeniu muzycznym „potencjalnie zainteresowanych” znajomych oraz moich najbliższych. W ostatniej chwili zmieniam zdanie i wysyłam wiadomości również do tych, którzy prawie na pewno je zignorują, a może nawet wyśmeją. Łatwo się domyślić, jak skończyła się ta historia: przyszła tylko jedna osoba z grona najbliższych i kilka ze wspomnianej grupy „rezerwowej”. Mało tego, wymienione osoby zaczęły w szerszym gronie odważniej mówić o swojej wierze!

Można się ucieszyć i myśleć: udało się odrobinę zmienić świat. Z drugiej strony można się też  zamartwiać i myśleć: znów porażka, skuteczność zapraszania rzędu kilku procent! Wybieram cieszenie się. Zauważam też ciekawą rzecz: prawie zawsze po większych wydarzeniach muzycznych spotykam co najmniej jedną osobę-prezent, czyli zupełnie niespodziewaną, jak kumpel z dzieciństwa, znajoma z dawnej pracy, znany muzyk (kto tu kogo powinien oklaskiwać?!). Dla mnie te paciorki, te zguby są wspaniałym wynagrodzeniem, na równi z tymi, którzy nigdy nie zawiedli, są zawsze i wspierają.

Mam takie podejrzenia, że wszystkie te porażki są moją tarczą, która chroni przed pychą. Zawsze istnieje pokusa, żeby siebie postawić w centrum, traktować przybyłe na koncet osoby jako swoich fanów. Oczywiście doceniam, że ktoś przychodzi ze względu na mnie, ale moja radość powinna wypływać z tego, że jestem narzędziem w rękach Boga, a nie z tego, że ktoś będzie mi klaskał.  Ponadto myślę sobie, że skoro moje zapraszanie niektórych osób, w tym rodziców, od około roku nie przynosi skutków, to może trzeba odpuścić – przecież oni dość dobitnie pokazują brak zainteresowania. Gdyby chodziło o sprawy ludzkie – tak należałoby zrobić, ale czuję, że skoro chodzi o czyjeś życie wieczne, to nie można się poddawać.

Ćwiczę się w wytrwałości. Myślę też, że największe owoce przynosi przede wszystkim pilnowanie siebie i staranie się o to, by być dobrym człowiekiem i pociągnąć ludzi do dobra poprzez przykład, a nie namawianie. Chyba chodzi też o to, żeby robić swoje, angażując w to wszystkie siły, ale jednocześnie oddać się woli Bożej. Daleka droga przede mną…

 

Dziś mi w duszy gra:

„O Krwi i Wodo, któraś wytrysnęła z Serca Jezusowego
jako zdrój Miłosierdzia dla nas – ufamy Tobie”

s. M. Faustyna Kowalska

Zaufajmy Jezusowi Miłosiernemu.
Nawyk Kochania.

Reklamy

#20 Dziękuję za niepowtarzalny plan

Zamiast wpisu powinniśmy wspólnie odśpiewać Psalm przewidziany w liturgii na dzisiejszy dzień. Ewentualnie odczytać go prosto z Biblii. Tak się jednak złożyło, że dziś cały dzień towarzyszyła mi Najświętsza Maryja Panna i medytacja nad jej życiem przyniosła nieoczekiwane myśli, którymi chcę się podzielić.

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE PLAN NA MOJE ŻYCIE JEST JEDYNY I NIEPOWTARZALNY.
Dziękuję, że jest jak utwór muzyczny, który napisał najlepszy Kompozytor… pozostawiając mi szerokie pole do interpretacji pozostawionych nut.

Wyobrażam sobie, że żyję w czasach przed narodzeniem Jezusa Chrystusa. Żydzi czekają na przyjście Mesjasza, wnikliwie studiują Torę, a tam… proroctwo!

Dlatego Pan sam da wam znak: 
Oto Panna pocznie i porodzi Syna, 
i nazwie Go imieniem Emmanuel. 
(Iz 7,14)

W świecie zdominowanym przez mężczyzn całkiem serio mówi się o tym, że jakaś kobieta sprowadzi do nas Boga. Wyobrażam sobie, jak pobożne Żydówki nieśmiało myślą sobie – czy to o mnie chodzi? Może jest to myśl, której kurczowo się trzymają, bo ich życie nie wygląda tak, jak by tego chciały. Miały wielkie plany i marzenia. Podkochiwały się w uroczym Mordechaju, ale z goryczą nuciły sobie odpowiednik przyśpiewki „Jadą goście, jadą koło mego sadu, do mnie nie zajadą, bo nie mam posagu”.

A może było zupełnie inaczej: jakaś Gołda, urodzona w rodzinie bogatego przedsiębiorcy, w każdy Szabat myśli sobie: „Mam wszystko, czego mi trzeba. Nie ma drugiej takiej na świecie. Kogóż innego chciałby wybrać Bóg na swoją matkę?”. Zadzierają nosa i co jakiś czas sprawdzają, czy podejrzanie nie powiększa im się brzuch.

Może były jeszcze inne – przekonane o swojej małości i nicości, lamentowały, że „wszystkim przytrafia się niepokalane poczęcie, tylko nie im”. Marudzą, że Bóg o nich zapomniał, że się nimi brzydzi. Patrzą na inne kobiety i w każdej widzą potencjalną matkę Emmanuela… Przepełnione zazdrością gromią je wzrokiem, by za chwilę opamiętać się i pogrążyć w wyrzutach sumienia, które jeszcze bardziej utwierdzają ją w małości i nicości.

A co z tymi, które ewidentnie już „wypadły z obiegu” – przestały być „pannami” i mają już wesołą gromadkę dzieci, poczętych w sposób niewątpliwie tradycyjny? Czy nadal łudzą się, że któryś z synów to wyczekiwany Mesjasz? A może swoje marzenia przerzuciły na swoje córki? Przyglądają się im podejrzliwie, myśląc „będzie co z niej?”. Czy uczą swoje córki: „szanuj się, bo może to właśnie ciebie dotyczą proroctwa, a jak pozwolisz Jonatanowi na zbyt dużo, na zawsze zaprzepaścisz nadzieje całego Izraela!” ?

Oczywiście, ponosi mnie fantazja, ale przyznam szczerze, że nie chcę się powstrzymywać. Te obrazy są tak natarczywe i tak barwne, a jednocześnie tak boleśnie aktualne, że żal się z nimi rozstawać. W ich świetle jeszcze jaśniejszy blask bije od Maryi, prostej dziewczyny, w której (jak wierzę!) istotnie spełniły się proroctwa. Muszę dodać jeszcze jedno: zanim ktokolwiek się obrazi – proszę wziąć pod uwagę, że tak naprawdę wszystkie te „postaci tragiczne” to JA.

Wracam myślą do dzisiejszych czasów. Z pewnością są na Ziemi osoby, które nie wierzą, że Mesjasz już przyszedł; nadal na Niego czekają. Czy rzeczywiście mają takie rozterki, jak podpowiada mi moja wyobraźnia? Katoliczki natomiast uważają, że ten scenariusz już się wydarzył. Żadna z nich nie ma szans zostać matką Zbawiciela.

Dotąd nie zdarzyło mi się pomyśleć, choć to niby oczywiste, że kiedyś ten wakat był do obstawienia. Dopiero zwrócił mi na to uwagę pewien mężczyzna (!) związany z muzyką liturgiczną. To mi uświadamia, że każdy człowiek ma swój unikalny plan do wykonania. Jest on nie do powtórzenia. Cała heca polega na tym, że dostajemy dość ogólne instrukcje. Maryja na przykład dowiedziała się tylko, że zostanie napełniona Duchem Świętym, a osłoni ją Najwyższy, czyli właściwie nie wiadomo, jak się wszystko odbędzie, ale mniej więcej znany jest zamierzony efekt, a główna bohaterka dostanie wszelkie potrzebne łaski i ochronę do tego, by jak najlepiej sobie z przygotowanymi wyzwaniami poradzić. Nie ma żadnych instrukcji, tylko sugestie („tak przy okazji, ciocia Ela też jest w ciąży, domyśl się, co z tym zrobić”). Mogła pomyśleć „o, to wesprze mnie, bo jestem teraz taka skołowana!”. Ale ona nie myśli o sobie – wybiera służbę Bogu i drugiemu człowiekowi.

Dostajemy nuty. Bierzemy je i śpiewamy, jak nam w duszy grają, bo można, wolno nam. Tak sobie jednak myślę – może warto czasem spojrzeć na Dyrygenta, bo wydaje się, że ma sporo wskazówek. Najlepiej, gdyby Dyrygent, był jednocześnie Kompozytorem. Wtedy powstanie jedna Pieśń, w której każdy ma swoje miejsce, dodaje swój unikalny głos. Harmonia sfer.

Dziś mi w duszy gra:

Nad inne Panny, które zachowały
Swe Bogu śluby, masz przywilej cały:
Z białych głów żadna bez wady wszelakiej
Czci nie ma takiej.

Pieśń kościelna

 

Opowiedz mi swoją niepowtarzalną historię!
Nawyk Kochania.

P.S. Dyryguje Paweł Bębenek, kompozytor.

#12 Dziękuję za mękę i śmierć Jezusa na krzyżu

Wydanie na Wielki PIĄTEK

Idąc do kościoła mijam duży plac, po którym mnóstwo ludzi spaceruje, a młodzież jeździ na deskorolkach i rolkach. Obok znajduje się popularna restauracja z żółtym „M” – dziś, o dziwo, siedzi w niej zaledwie kilka osób, a obsługa się nudzi jak nigdy. Odczuwam powiew nadziei. Żwawym krokiem drepczę na liturgię.

Otwarte tabernakulum zieje pustką. Nagi ołtarz, żadnych świec, schowany krzyż. Na taki widok moja wyobraźnia galopuje w nieprzewidziane rejony. Wstrząsa mną dreszcz, gdy wyobrażam sobie plądrowane kościoły w czasach wojen, a za chwilę podśmiewam się, że liturgia zaskoczyła księży w czasie świątecznych porządków. Nieładnie – strofuję siebie – czas się wyciszyć i skoncentrować na najważniejszym! Nagle przychodzi mi to łatwo, gdy widzę jak kapłan z trudem i niezgrabnie próbuje położyć się krzyżem przed ołtarzem. Ma już swoje lata, więc robi to niezgrabnie, ale jest w tym takie namaszczenie, że nie mogę już nic innego, tylko się modlić w ciszy.

DZIĘKUJĘ CI, JEZU, ŻE SWOJĄ MĘKĄ ODKUPIŁEŚ MÓJ GRZECH.
Dziękuję za Twoją śmierć z miłości.

W tym roku moje przygotowanie do Wielkiego Piątku polegało na rozważaniu codziennie przez 24 dni, godzinę dziennie, 24 Godzin Męki Jezusa Chrystusa, na podstawie objawień Luisy Picaretty „Małej Córeczki Woli Bożej”. Dotąd rozważania o męce Chrystusa kojarzyły mi się głównie z Tajmnicami Bolesnymi Różańca, Drogą Krzyżową i ewentualnie nabożeństwem Gorzkich Żali. Już one same wydawały mi się jakimś nadmiarem, teatrem kobiet-płaczek.  Po wczytaniu się w te ostatnie chwile z życia Jezusa godzina po godzinie czuję, że moje dotychczasowe wyobrażenie było niekompletne i przypominało spis chronologicznie ułożonych tytułów, haseł, skrótów myślowych. Teraz lepiej rozumiem, co znaczy zadośćuczynienie. Wiem też w końcu, co tak naprawdę oznacza „przebywanie Jezusa w ciemnicy”. ON jest HEROSEM, prawdziwym walecznym mężczyzną, a nie jakąś pobitą ciamajdą! Jest Zbawicielem Świata! Jest dobrowolną ofiarą przebłagalną za moje grzechy, a nie ofiarą losu! Na ślubnym kobiercu ludzie przysięgają sobie miłość do śmierci… Czy są gotowi umrzeć za siebie nawzajem? Jezu, naucz mnie takiej heroicznej miłości!

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję
(J 15, 13-14)

A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. 
(J 17, 19)

Kontynuuję czytanie książki o ojcu Dolindo Ruotolo. Dowiaduję się, że dawniej nie było możliwości przyjmowania Komunii Świętej w Wielki Piątek, a wspomniany ksiądz starał się o to. Podobnie jak o możliwość odprawiania więcej niż jednej Mszy w dni powszednie. Obecnie jest to możliwe. A Ty korzystasz z tych możliwości? Przyznam szczerze, że ja dopiero zaczynam odkrywać te dobra. Czuję, że spotkała mnie łaska. Nie wiem, od kiedy tak mocno przeżywam przyjęcie Ciała Chrystusa. Nie wiem, kiedy rzeczywiście przestało być dla mnie tylko „opłatkiem”. Wiem, że czuję jakieś ogromne pragnienie codziennego przystępowania do Komunii, a kiedy nadchodzi ten moment – wstrzymuję oddech.

"Proszę Go, by powołał swoje eucharystyczne gołębice, by kapłani mogli odprawiać więcej niż jedną Mszę w ciągu dnia, by można było przystąpić do Komunii także wieczorem. (...) Och, czuję, że Jezus z tabernakulum płonie pragnieniem ofiarowania się im (...).
 
Słowa o. Dolindo Ruotolo, cytowane za "Jezu, Ty się tym zajmij..."

Dziś mi w duszy gra:

„Dla ciebie umarł Syn Boga Jedyny,
By Cię wybawić z grzechów Twoich winy”

Pieśń wielkopostna, „Płaczcie anieli”

Chrystus umarł za mnie i za Ciebie, abyśmy mogli żyć!
Nawyk Kochania.