#59 Dziękuję za konferencję

Dziś odbyło się sympozjum naukowe. Od jakiegoś czasu uczestniczę w takich przedsięwzięciach epizodycznie, ale dawniej nie mogło mnie tam zabraknąć. Wielokrotnie zdarzało mi się również organizować podobne wydarzenia. Dzisiejsze sympozjum wprawiło mnie w głęboki smutek. Ponieważ uczestnictwo w tym wydarzeniu wymagało ode mnie wzięcia wolnego dnia w pracy, wydawałoby się, że będzie przyjemną odskocznią. Tymczasem nagminnie wracały do mnie myśli o straconym dniu, o tym, że w tym czasie można było zrobić dużo więcej pożytecznych rzeczy.

Czytaj dalej #59 Dziękuję za konferencję

Reklamy

#50 Dziękuję za możliwość pożegnania

Dziś bardzo dotknęła mnie wiadomość o śmierci naszego współpracownika. Pan Józek był konserwatorem w budynku, wszyscy go dobrze znaliśmy. Przede wszystkim opiekował się sprzętem technicznym. Zawsze można było przyjść do jego kanciapy, porozmawiać. Ktoś mógłby pomyśleć, że to taka drugorzędna postać, ale nic bardziej mylnego. Dopiero gdy zachorował zobaczyliśmy, że to dzięki niemu sprzęt był zawsze sprawny i na swoim miejscu. Że wszystkie urządzenia były podłączone i uruchomione o odpowiedniej porze, bo on o to zadbał. Gdy ktoś potrzebował jakiegoś urządzenia, szedł do Pana Józka, a ten zawsze znalazł najlepszy egzemplarz i poinstruował, jak go używać. Mnie najbardziej brakuje jego żartów i tego, że zawsze gdzieś się kręcił, przywitał się, zamienił dwa słowa.

Śmierci Pana Józka mogliśmy się spodziewać. Od pewnego czasu leżał w śpiączce i z każdym dniem nikła nadzieja na jego wybudzenie, ale sam moment, gdy zawieziono go do szpitala był dla nas szokiem.

Parę miesięcy temu skończył się jeden z moich projektów. Kilka osób było w niego bezpośrednio zaangażowanych. Ci dostali ode mnie w ramach podziękowania drobne upominki i słodycze. Wśród nich miał się znaleźć również Pan Józek. Niestety, w dniu mojego triumfu, on wypoczywał w domu na zwolnieniu lekarskim – przeziębienie albo grypa nie dawały mu spokoju, więc w końcu postanowił o siebie zadbać. Pani Zyta z sekretariatu, robiąc przerwy w przeżuwaniu otrzymanych ode mnie czekoladek, poinformowała, że w przyszłym tygodniu Pan Józek powinien już wrócić ze zwolnienia. Tak też się stało.

DZIĘKUJĘ ZA TĘ ROZMOWĘ.
Zdążyliśmy.

 

Pan Józek wrócił do pracy później niż zapowiadał. Chyba nie zdarzało mu się nie dotrzymywać słowa. Przychodził zawsze o czasie, ale wychodził również nie później niż trzeba. Gdy ktoś próbował mu pewnego dnia narzucić dodatkowe, popołudniowe godziny pracy, asertywnie odpowiedział: mogę pracować najpóźniej do 15.30, mam rodzinę i chcę również z nią spędzać czas. Bardzo mi wtedy zaimponował.

Udało mi się z nim spotkać i wręczyć mu bombonierkę w ramach podziękowania za pomoc i wsparcie w realizacji projektu, który zakończył się sukcesem. Pamiętam, że to dzięki Panu Józkowi zamówiono dla mnie odpowiednie urządzenia. Gdy się okazało, że nie da się ich ze sobą połączyć, choć producent zapewniał, że to możliwe, to Pan Józek poruszył niebo i ziemię, ostatecznie znajdując sposób, by wszystko działało poprawnie w terminie. Kiedy w pewnym momencie wyszło na jaw, że potrzeba drugiego kompletu dokumentacji, to Pan Józek (wraz z Panią Zytą z sekretariatu) szybko zorganizowali papier i odpowiednią drukarkę, by wszystko dopiąć na ostatni guzik.

Ucieszył się z czekoladek, ale połowę wydłubał i wrzucił mi siłą do przedniej kieszeni torby (takiej na laptop), ale upewnił się wcześniej, że nie ma tam czegoś, co mogłoby zostać obsmarowane. Mówił, że tyle to on nie zje, ale był wzruszony. Zagaduję o zdrowie. On na to, że jeszcze nie czuje się całkiem dobrze, ale już trzeba wracać do pracy i że mu trochę tęskno.

Tydzień później zabrało go pogotowie. Potem długo leżał w szpitalu w śpiączce i już się nie obudził. Nie dożył emerytury (jeszcze długo by na nią czekał).

Smutno nam wszystkim bez niego. Ale mnie jest o tyle lżej, że wrócił (na kilka dni!), by usłyszeć podziękowania. Proszę, nie odkładajmy ważnych rozmów na potem. To co dobre, powiedzmy sobie teraz, od razu. Nigdy nie rozstawajmy się skłóceni. Jak się okazuje – czasem wystarczy zwykłe przeziębienie albo nagły wypadek, by nie zdążyć czegoś zmienić na lepsze.

Dziś mi w duszy gra:

Chciałem dać coś dobrego, dałem tylko siebie

„Chciałem być”
tekst: K. Krawczyk

Proszę o modlitwę za duszę Pana Józka.
Nawyk Kochania.

P.S. Jak zwykle imiona i takie mniej istotne szczegóły zostały pozmieniane, żeby uszanować anonimowość osób trzecich, ale historia ogólnie prawdziwa. Stety-niestety.

#44 Dziękuję za „z tej mąki chleba nie będzie” i inne stereotypy

Święto pracy,
Uroczystość  św. Józefa, rzemieślnika

Nie wiem, czy pamiętasz, ale „Dziękczynnik codzienny” po raz pierwszy ujrzał światło dzienne 19 marca. Tak się składa, że jest to uroczystość św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Tym samym św. Józef został arbitralnie (przeze mnie) obwołany patronem niniejszego przedsięwzięcia (jeśli chcesz sobie przypomnieć, jak to było, zapraszam to wpisu: #1). Z tego względu nie sposób nie powiedzieć o nim dziś, gdy w Kościele wspominamy go jako rzemieślnika. Oczywiście nie jest to przypadek, że jednocześnie obchodzimy dziś świeckie święto pracy. O tym też będzie.

Myślę, że to dobry dzień na pewne podsumowania. Nie chcę dziś mówić o pracy zawodowej – od niej należy nam się odpoczynek! (Jeśli jednak koniecznie chcesz ją rozpamiętywać, polecam powrót do tego wpisu: #2.) Myślę dziś o blogu, który ma półtora miesiąca. W tym czasie wpisy znacząco ewoluowały – przede wszystkim stały się dłuższe, bardziej rozbudowane. Obok zwykłych relacji z dnia pojawiły się nowe formy: wspomnienia oraz opowiadania. Niezmiennie wyróżniają się wpisy niedzielne i świąteczne. Codzienne pisanie jest ogromnym wyzwaniem, ale (pomijając trzy brakujące teksty, które uzupełnię) uważam, że trzymam się dzielnie. Grono czytelników powiększa się dość nieśmiało, dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy warto? Czy to wyzwanie rzeczywiście jest coś warte? Czy rzeczywiście komuś służy? Czy nadal służy mnie? Bywają chwile zwątpienia, ale czasem jeden Twój komentarz sprawia, że od nowa mam ochotę pisać. Dziękuję!

Przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: "Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? (...)" 
Mt 13,54-55

Gdy myślę o Józefie, przestaję się przejmować statystykami. Przypominam sobie o moim celu – codzienna praktyka dziękowania ma mnie nauczyć, co to znaczy „kochać”. O tym, że święty Józef był cieślą (robotnikiem budowlanym) dowiadujemy się… podsłuchując plotki, jakie krążą o Jezusie w Jego rodzinnej wsi. Ani sam Józef, ani Maryja, ani Jezus nie wspominają słowem o tym, czym się zajmuje głowa rodziny. Mimo to pamiętamy Józefa jako wzorowego opiekuna (czyli dobrego męża i ojca, ale też mężczyznę, który potrafi utrzymać rodzinę). Podejrzewam, że jego praca nie była prestiżowa (o czym świadczą nieco pogardliwe głosy gawiedzi), ale godna, choć rodzinie raczej się nie przelewało – gdy ofiarowano Jezusa w Świątyni, przyniesiono w darze również parę synogarlic lub gołębi, co stanowiło „plan minimum”, „ofiarę ubogich” (Łk 2, 24 ; Kpł 5,7Kpł 12,8).

Czy to przeszkodziło Jezusowi w zostaniu Zbawicielem Wszechświata? Ogólnie – nie, może nawet pomogło. Mam tu na myśli to, że wiele Jezusowych przypowieści odnosi się do codziennych spraw ówczesnego szarego człowieka, co sprawia, że są łatwiejsze do zrozumienia, ale nie byłoby to możliwe, gdyby sam takiego życia nie doświadczył. (Zastanawiam się, czy tak naprawdę nie są to słowa Józefa, które ten kierował do syna, pokazując mu świat, ucząc pracy na roli, czy w gospodarstwie). Widać jednak, że „robotnicze pochodzenie”  Jezusa (brzmi bardzo socjalistycznie, ale niech zostanie, bo nawet pasuje do poglądów reprezentowanych przez opisany tłum) postawiło mentalny mur w głowach Jego sąsiadek i sąsiadów. Nie mogli uwierzyć, że Syn budowlańca może mieć coś mądrego do powiedzenia (mierzyć się z „inteligentami”).

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa z Nazaretu». Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?» Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz!»
J1, 45-46

A wśród słuchających Go tłumów odezwały się głosy: «Ten prawdziwie jest prorokiem». Inni mówili: «To jest Mesjasz». «Ale - mówili drudzy - czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei?
J7, 40-41

Odpowiedzieli mu: «Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei». 
J7, 52

Nie tylko zawód i status materialny Józefa, a tym samym Jezusa, były mało imponujące. Najwyraźniej także pochodzenie nie pasowało do obrazka. Jezus mógł się troić (och, niezamierzony suchy dowcip…), a i tak u niektórych będzie apriorycznie uznany za „mądralę”, który powinien wrócić do noszenia pustaków. Znasz kogoś w podobnym położeniu?

Przed oczami stają mi wszystkie dzieci z najgorszych, najbiedniejszych, najbardziej zapijaczonych dzielnic miasta (w każdym takie się znajdą). Ile razy musiały usłyszeć, że z nich już nic nie będzie? Pewnie miliony. Ile razy było to prawdą? Nigdy, choć takie słowa zabijają ducha w człowieku i mogą skutecznie zniechęcić do rozwijania swoich naturalnych uzdolnień.

Myślę też o wszystkich pracownikach, wykonujących „mało prestiżowe” zawody. Zastanawiam się – co jest wyznacznikiem tego „prestiżu”? Zarobki? (A od czego one zależą? Może od prestiżu? Hmm…) Wykształcenie? (Czy wyjątkiem są sytuacje, że zaradny chłopak bez szkoły rozkręca światowe interesy, a absolwent uniwersytetu obsługuje kasę w hipermarkecie?). Odpowiedzialność? (Czy bezpośrednie ratowanie życia człowieka, który uległ wypadkowi jest większą odpowiedzialnością niż sprawdzanie, czy pojazdy, którymi ci ludzie się poruszają spełniają normy techniczne?). Sposób pracy (umysłowa/fizyczna)? (Jeśli nawet jest tak, że do pracy umysłowej potrzeba jakiejś odpowiedniej inteligencji, a do pracy fizycznej – nie, to czy nigdy nie zdarza się, aby mądry człowiek wybrał tę drugą ścieżkę kariery?). Pożyteczność? (Czy pisanie wierszy jest bardziej pożyteczne od wywozu śmieci? – tu nieodmiennie przypomina mi się wiersz Andrzeja Bursy „Dyskurs z poetą„). Od zawsze rodzice uczyli mnie, że tak samo należy szanować Panią sprzątaczkę w szkole, jak nauczyciela i każdą inną osobę, wykonującą dowolny zawód. Czy to już nieaktualne?

Myślę o wszystkich emigrantach zarobkowych, którzy za granicą parają się jakimkolwiek zajęciem, często poniżej swoich kwalifikacji. Nawet nie chcę zaczynać wątku o sprawiedliwości w takiej sytuacji, ale trochę mnie to męczy.

Myślę o kobietach, o których niejednokrotnie mówi się, że na tym samym stanowisku otrzymują niższe wynagrodzenie niż mężczyźni. O kobietach, które są niechętnie zatrudniane, bo istnieje ryzyko, że zajdą w ciążę, co sprawi pracodawcy kłopot. Myślę o kobietach, które zajmują się domem, a i tak ludzie mówią, że to nie praca (albo gorzej: powiedzą, że dziewczyna nie nadaje się do niczego innego niż bycie „kurą domową”).Wreszcie myślę o tym, że kobiety są powszechnie uważane za mniej zdolne od mężczyzn. Z drugiej strony myślę o mężczyznach, którzy może faktycznie do wielu zawodów są lepiej (biologicznie) przystosowani niż większość kobiet, a mimo to muszą godzić się na parytety (wtedy wielu świetnych facetów odpada w rekrutacji, a ich miejsce zajmuje grupa przeciętnych kobiet, wśród których tylko nieliczne dorównują kwalifikacjami). Myślę o mężczyznach, którzy zaharowują się na śmierć, dnie i noce spędzając w pracy, bo chcą, by ich rodzinie niczego nie zabrakło: jedzenia, pieniędzy, domu, samochodu, wakacji, wygód… Zapominają o relacjach (w końcu to mężczyźni, zadaniowcy), których nie da się kupić.

Myślę o prawdziwych facetach, którzy z sercem wykonują zawody uznane za „damskie” i przez to nie odbierają należnego im uznania. Myślę o kobietach, które wykonują swoją pracę równie dobrze, jak mężczyźni, ale są lekceważone. Myślę o kobietach, które biorą się za tak zwane „męskie zawody” tylko po to, by udowodnić, że potrafią, choć w głębi duszy chciałyby robić coś, co je bardziej pasjonuje. Myślę o dzieciach, które wybierają drogę zawodową w taki sposób, by zadowolić rodziców. Myślę o małżeństwach, które nie doszły do skutku ze względu na „mezalians” i o tych, które mimo tej „przeszkody” zostały zawarte, ale wciąż stawiają czoła krytycznym głosom.

DZIĘKUJĘ ZA UTRWALONE W KULTURZE STEREOTYPY.
Za „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, za „z tej mąki chleba nie będzie”, za „baba z wozu, koniom lżej”, za „jaka praca taka płaca”, za „kto ma rozum zdrowy, nie słucha białogłowy”, za „chłop do cepów, baba do kądzieli”…
DZIĘKUJĘ, ŻE TE „MĄDROŚCI NARODU”, TO TYLKO STEREOTYPY!

Smutno mi, ale widzę światełko w tunelu. Mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdzę pochopnym osądzeniem. Że nigdy nie potraktuję nikogo z góry. Że nie pomyślę o żadnym człowieku źle ze względu na jego przeszłość lub pochodzenie. Nie przykleję łatki. Mam nadzieję, że nie ulegnę stereotypom. Oby mnie też tak nikt nie traktował. Mam nadzieję, że będę innych motywować do rozwijania talentów, słuchania głosu serca i dążenia do dobra (choć te hasła brzmią pusto, aż echo niesie). (Wysokie wymagania, nie ma co).

Dziś mi w duszy gra:

Hej tragarze, drwale, drwale, ładowacze!
Hej, kto kark ma zgięty od najgorszej pracy!
Hej, pomóżcie, ludzie, kamień innym toczyć,
bez żadnych wybiegów mówić prawdę w oczy.

„Hej, pomóżcie, ludzie!”
sł. Leszek Moczulski, muz. Marian Pawlik

 

Pracuję, by służyć innym.
Nawyk Kochania.