#73 Dziękuję za nieskrępowany wybór

Pamiętasz Zbyszka? Tego z „najnudniejszego działu pod słońcem”. Oprócz zamiłowania do turystyki  i sportu ma jeszcze jedną miłość: rodzinę. Przede wszystkim jednak jego oczkiem w głowie jest córka. Gdy o niej opowiada, wzruszam się. Można powiedzieć, że wewnętrznie płaczę jak bóbr. Czytaj dalej #73 Dziękuję za nieskrępowany wybór

Reklamy

43# Dziękuję za łzy szczęścia i wzruszenia

Znasz te niezręczne momenty, kiedy próbujesz kupić buty, ale zanim zdążysz przekroczyć próg sklepu, zanim rozejrzysz się wokół, natychmiast swoją uprzejmością atakuje cię ekspedientka? Założę się, że nie myślisz wtedy: „jak to dobrze, że sama do mnie podeszła! Potrzebuję oprowadzenia po sklepie i pomocy w dokonaniu wyboru, ale czasem wstydzę się poprosić o to personel. Na szczęście podchodzą sami, oferując niezbędne usługi”.

Podejrzewam, że większość osób w takiej sytuacji jest raczej poirytowana. Trudno mi ocenić, co czuje druga strona. Może natarczywe uprzejmości są tylko wymogiem szefa, a tak naprawdę biedna ekspedientka myśli: „oby klient odmówił, oby podziękował, oby nie trzeba było z nim łazić po całym sklepie”. Nie wiem też, czy ta, która dziś pracowała w obuwniczym pożałowała, że podeszła akurat do tej klientki… Mam natomiast pewność, że za obsługę należy jej się medal.

Wspomniana klientka miała pewną przypadłość: jąkała się niemiłosiernie

 (jeśli masz podobny problem - zostań proszę; moim celem nie jest wyśmiewanie Ciebie ani sprawienie Ci przykrości, wręcz przeciwnie).

Problem sprawiało jej wystartowanie niemal każdego słowa. Mimo to mówiła dużo i chętnie, zdawała się ignorować liczne potknięcia. Uśmiechała się i bez zażenowania, bez cienia speszenia rozmawiała z ekspedientką, która nawet nie mrugnęła, nawet się nie skrzywiła. Cierpliwie słuchała od pierwszego słowa. Nie pojawił się w niej choćby zalążek zaskoczenia, nigdy nie weszła rozmówczyni w słowo, nawet w chwilach dłuższej ciszy. Profesjonalnie zajęła się klientką, prezentując jej różne modele i rozmiary obuwia, do skutku. Na koniec obie wyglądały na zadowolone. Nie mogę wyjść z podziwu.

Pamiętam Karolinę, która chodziła ze mną do podstawówki. Ona też się jąkała. Z tego powodu bardzo trudno było jej się nawet przedstawić – zacinała się na pierwszej sylabie. Z tego powodu przylgnęło do niej przezwisko „Kakadu”. Mnie wydawało się ono dość sympatyczne i nawet nie przyszło mi do głowy, że mówiąc tak do niej sprawiam jej ogromną przykrość. Musiała mi to powiedzieć wprost: „Nie mów tak do mnie, to nie moja wina, że się jąkam”.

Czy uwierzysz, że jej jąkanie było dla mnie niezauważalne aż do chwili, gdy nazwała zjawisko po imieniu? Ktoś powie: jak można nie zauważyć, że ktoś męczy się przy wypowiadaniu każdego słowa, na jego twarzy pojawiają się grymasy, rumieńce, a od czasu do czasu ślini się lub pluje? Ja też nie wiem, ale w moim przypadku tak właśnie było.

Karolina to dobra koleżanka. Do tej pory wspominam również jej talent do nauki historii i języków obcych. Tylko to w niej było dla mnie istotne. Nawet później, gdy jej jąkanie stało się dla mnie widoczne, nigdy nie było uciążliwe. Ładnych parę lat później – zniknęło. Nie samo, dziewczyna bardzo się natrudziła, żeby je zwalczyć, ale powiedziała mi o tym mozole długo po tym, jak nasza więź się rozluźniła. Odwiedzała bardzo wielu różnych terapeutów z całej Polski. W końcu pomógł ten setny, a może tysięczny. Jeśli myślisz, że ta zmiana z pewnością nie uszła mojej uwadze – mylisz się. Karolina znów musiała powiedzieć to sama, głośno, na forum całej klasy. Wiem jednak, że mówiła to do mnie… Łagodnie i bez wyrzutu.

Powiedziała: Chcę coś ogłosić. Jak zapewne wiecie, moim problemem od dawna było jąkanie. Obecnie jestem w trakcie terapii. Teraz będę mówić wolniej, ale płynnie. Ruchy ręki, które wykonuję, pomagają mi w tym. Stopniowo nabieram wprawy, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.

Faktycznie! Bez zająknięcia, bez jednego grymasu na twarzy. Pamiętam powstrzymywanie łez wzruszenia i dumy. Jak można było nie zauważyć takiego sukcesu?! Na szczęście nie miała mi tego za złe. Chyba. Z przejęciem przyjęła gratulacje. Otwarcie opowiadała o szczegółach ostatniej, skutecznej terapii, a nawet jako ciekawostkę pokazała mi niektóre triki, pomagające jej w mówieniu (niestety za nic w świecie nie umiem ich skoordynować z wypowiedzią, tak sprawnie jak ona, mimo że nie potrzebuję terapii – a może dlatego?).

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE TERAPIA MOWY PRZYNOSI SUKCESY.
Za logopedów, którzy znają się na swojej robocie. Za ludzi, którzy z każdym potrafią rozmawiać, nie zawstydzając go.

Dzięki Karolinie mam bardzo serdeczny stosunek do osób jąkających się (tak, teraz już natychmiast zauważam, że mówią inaczej). Zawsze w duchu im kibicuję. Choć chyba bardziej ich rozmówcom, bo to od ich nastawienia, od ich sposobu słuchania i mówienia zależy, jak duży komfort będą odczuwać obie strony dialogu. Podobno nie ma nic gorszego niż „wyręczanie” w mówieniu, „dokańczanie” za kogoś, dawanie „złotych rad” w stylu „weź oddech”. Najważniejsze to życzliwie słuchać. I życzliwie mówić. Mnie nigdy nie trzeba było tego uczyć (raczej przez moją gapowatość niż supermoce), ale wiem, jak trudna dla niektórych jest sztuka opanowania zniecierpliwienia.

Do tej pory zostały mi pewne cechy z dzieciństwa: ignoruję jąkanie rozmówcy w sposób automatyczny i ogromnie się wzruszam (łzy szczęścia lecą strumieniami!), gdy słyszę, jak ktoś po raz pierwszy mówi płynnie (film „King’s Speech”, czyli „Jak zostać królem” to jedyny filmowy wyciskacz moich łez, jaki pamiętam). Czy to znaczy, że się nadaję na terapeutę? A może właśnie kompletnie się nie nadaję, z moją nadwrażliwością na sukcesy osób jąkających się, a jednocześnie niewrażliwością na trudności? Obstawiam, że musi być jakaś trzecia droga. Jeśli tak, to zapraszam do niej wszystkich.

Dziś mi w duszy gra:

Everybody stutters one way or the other,
so check out my message to you

„Scatman (Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop)”
John „Scatman” Larkin

P.S. Wykonawca tej piosenki sposobem podawania tekstu i finezją improwizacji rozkłada na łopatki niejednego rapera. Kto by przypuszczał, że ten facet odkrył te zdolności dzięki temu, że się jąka! Potrafił przemienić swoje trudności w walor artystyczny. Nie tylko wykorzystuje je, tworząc charakterystyczne pasaże w swoich piosenkach. Również jego teksty nawiązują do wspomnianego zaburzenia mowy. Dla zainteresowanych zamieszczam poniżej fragment wywiadu z Johnem "Scatmanem" Larkinem. Nie mogę wyjść z podziwu.

Słuchajmy siebie nawzajem z uwagą i miłością.
Nawyk Kochania.

#29 Dziękuję za musicale

Nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się z Tobą moimi wrażeniami z musicalu „Piloci”. Muszę przyznać, że z czasem robię się coraz bardziej wymagającym widzem. Mimo to rozczarowania nie było, może jedynie lekki niedosyt.

DZIĘKUJĘ ZA TEATR.
Szczególnie za musicale i operetki, które lubię najbardziej. Za ucztę kulturalną, której dostarcza. Za możliwość przeniesienia się w wyobraźni w inny świat.

Tłem wydarzeń w musicalu „Piloci” jest Bitwa o Wielką Brytanię. Niestety nie należę do miłośników historii i geografii (choć szanuję obie dziedziny, żadna z nich to nie mój konik), ale akurat te wydarzenia z 1940 roku są mi w pewien sposób bliskie i wracam do nich myślami na różne sposoby. Pierwsze wspomnienie – książka „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera. Była to moja lektura szkolna, wobec której narodził się we mnie bunt. Gdyby nie mój tata, który cierpliwie zniósł moje fochy, nie zaproponował, że sam będzie mi tę książkę czytał „do poduszki”, na pewno wylądowałaby w kącie. Pamiętam, że było mi trochę głupio, bo wydawało mi się, że w moim wieku (raptem późna podstawówka) już nie wypada, żeby ojciec czytał bajki na dobranoc. Trudno było też przyznać przed sobą, że to bardzo przyjemne.

Kolejna szansa dla Arkadego Fiedlera nastała dopiero w czasach studiów. Pamiętam jak dziś: wakacje, czyste niebo, samoloty latają nad głową, a ja jednym tchem pochłaniam historię polskich (i czeskich) lotników walczących nad brytyjskim niebem. Odwaga i finezja bohaterów Bitwy o Anglię do tej pory mi imponują. Z sentymentem wspominam również poczynania mechaników, którzy w cudowny sposób wskrzeszali zdezelowane samoloty.

Kolejną rzeczą, która kojarzy mi się z wydarzeniami z 1940 roku jest dwuosobowa, szybka, ale emocjonująca gra planszowa pt. „303”, wydana przez Instytut Pamięci Narodowej. Lubię ją ze względu na prostotę zasad, walory poznawcze oraz estetyczne. Plansza przypomina bowiem stół sztabowy Centrum Dowodzenia Royal Air Force. Jedna osoba wciela się w dowódcę lotnictwa Trzeciej Rzeszy i szturmuje Londyn bombowcem i myśliwcami. Przeciwnik jako dowódca aliantów próbuje powstrzymać Luftwaffe. Gra dostarcza niesamowitych emocji, a w pewnym momencie była całkiem niezłym elementem spajającym nasz związek – oboje bardzo lubimy rozgrywać tę bitwę do tego stopnia, że kupiliśmy grę-bliźniaczkę pt. „111”, stworzoną na pamiątkę lotniczej obrony Warszawy w 1939 roku.

Takie oto tło przeżyciowe wokół „Dywizjonu 303” rozbudziło mój entuzjazm wobec musicalu „Piloci”. Pozostaję pod wrażeniem kostiumów i niektórych piosenek (zwłaszcza melizmatów w „Vaterland”). Nowoczesne aranżacje niektórych (na przykład „Pan Hurrican”) zaskoczyły mnie.  Elementy rapowane i współczesny taniec z pogranicza akrobatyki dziwnie dobrze komponowały się z klimatem lat 40. Jak oni wszyscy tańczyli! Jakby mieli pogubić buty albo jakby mieli nogi wyrastające zewsząd! A scena z rowerami… niesamowita! Cięzki jest żywot aktora: tańczy, śpiewa (i gotuje), a to wciąż mało – musi jeszcze nauczyć się robić akrobatyczne cuda bez zapowietrzenia na wysokim „c”. Podziwiam.

Obok pozytywnych wrażeń artystycznych mam niestety również mieszane uczucia wobec ekranów multimedialnych, będących częścią scenografii – w niektórych scenach były konieczne i spełniły swoją funkcję bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że były nadużywane do tego stopnia, że można było poczuć się bardziej jak w kinie niż w teatrze. Na przykład scenografię z angielskiego ogrodu i tło do piosenki „Vaterland” wspominam bardzo ciepło.

Mam też żal, że nasi piloci zostali pokazani bardziej jako niesubordynowani chłoptasie-podrywacze, którzy mają więcej szczęścia niż rozumu niż jako fachowcy! Odnoszę wrażenie, że większą uwagę skupiały ich jedwabne szaliki i romanse niż umięjętności, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że ich wyjątkowość nie została pokazana. Wiem, że musical rządzi się swoimi prawami, ale tutaj warstawa humorystyczna w moim odczuciu byłą przesłodzona.

Niektóre elementy fabuły (głównie motyw „szlachetnego Niemca”, „niecelnego strzału finałowego”) raczej mnie rozczarowały swoją sztampowością niż bawiły. Czarny charakter został na koniec wygwizdany: do tej pory nie wiem, czy to znaczy, że zagrał tak dobrze (przekonująco), czy tak źle (nieciekawie). Na mnie zrobił dobre wrażenie jako aktor i odpowiednio negatywne jako postać, więc chyba należą się brawa? A jednak głupio…

Nic nie przebiło dotąd „Tańca wampirów”, choć przy „Les Miserables” było blisko. „Piloci” niestety nie zawalczą o podium w moim sercu, ale na pewno nie jest to nijaki spektakl. Pozostawił dobre wspomnienia – warto było przyjść dla paru perełek, których nie zapomnę. Dziękuję, to był bardzo miły wieczór.

Dziś mi w duszy gra:

Za tamten sprzed września czas, gdy Saskim Ogrodem można było iść – za wolność, miłość, sny będziemy znów się bić!

Tekst: Michał Wojnarowski
Muzyka: Jakub Lubowicz, Dawid Lubowicz

Kurtyna!
Nawyk Kochania.