#40 Dziękuję za sen

Jakie to wspaniałe uczucie. Wyłączyć budzik, niczego nie planować. Nie myśleć o obowiązkach. Przede wszystkim jednak: jak to wspaniale móc się wreszcie wyspać.

Zupełnie nie rozumiem tych rannych ptaszków – ludzi, którzy chodzą spać z kurami, a od świtu zasuwają jakby byli na baterie. Irytują mnie swoją obrotnością poranną, ale może dlatego, że trochę im zazdroszczę. Nie wiem niestety, co musiałoby się stać, żeby i mnie się taki tryb życia zasmakował. Nie lubię wschodów słońca. Tej porannej szarówki i wilgotnego zapachu powietrza. Co prawda kojarzy mi się trochę z wyjazdami na wycieczki, ale (już chyba bło to kiedyś wspomniane) w wycieczkach nie znoszę samego „jechania” do miejsca docelowego, a to właśnie początkiem jazdy są te rześkie poranki.

Jestem z tych osób, które wolą pracować w nocy, a rano dłużej spać. Jestem człowiekiem-sową. Niestety ze względu na pracę muszę wstawać rano. Wmawiam sobie, że cztery godziny snu mi wystarczają, ale tak naprawdę do godziny dziewiątej snuję się jak żywy trup. Potem nieznacznie się rozbudzam. Po południu zupełnie nie mam energii, a apogeum mojej aktywności przypada na późny wieczór. Lubię to uczucie – noc i wir pracy. Mimo wszystko nie da się tak żyć.

Od kilku dni chodzi za mną pomysł, żeby jakoś przeprogramować swój biologiczny zegar. Zaczynam od nielimitowanego snu (bo mogę!). Pewnie nie da się nadrobić tych nieprzespanych godzin, ani wyspać na zapas. Ale może warto spróbować.

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE DZIŚ W KOŃCU UDAŁO MI SIĘ WYSPAĆ.
Dziękuję za możliwość regeneracji sił.

Zastanawiam się, co takiego jest w nocy, że tak dobrze mi się wtedy pracuje i w ogóle… żyje. Czy chodzi wyłącznie o to, że mój organizm ma własny pomysł na rytm dobowy i jest mu nie po drodze z kosmosem, czy też rzeczywiście jest w tym czasie coś atrakcyjnego, co sprawia, że żal kłaść się przed północą? Mam nawet kilka koncepcji.

Pierwsza: jest cisza. (O tym, że lubię ciszę, choć nie bezwarunkowo, było już tutaj: #38). Ciszą mogę się delektować lub samodzielnie zdecydować o jej zakłóceniu. To mi się podoba.

Druga koncepcja: ludzie wtedy śpią, zatem raczej mało prawdopodobne, że będą mi się narzucać. Jeśli ktoś zadzwoni, przyjdzie lub w inny sposób zechce zawracać głowę, to najwyraźniej będzie miał bardzo ważny powód. Nie przychodzą wiadomości, powiadomienia. Nie ma żadnych nieprzewidzianych zwrotów akcji. Za dnia co chwilę dzwonią telefony – połowa z nich jest zwykłym zapychaniem łącza. Niejednokrotnie ktoś czegoś potrzebuje i odrywa mnie tym samym od pracy. W dzień pracują różne placówki, w których można załatwić sprawy – zajmuję się wtedy nimi, a nie pisaniem, czytaniem, przygotowywaniem najróżniejszych materiałów, słowem: tym, co robię po nocach. W dzień pracuję – choć to kiepska wymówka, bo przecież mogę zmienić pracę na taką, gdzie są nocne zmiany.

Trzeci pomysł: dzień rządzi się pewnymi ustalonymi prawami, do których trzeba się dostosować. W nocy mogę zdecydować, co chcę robić. Mam większą wolność. Nie mam wtedy żadnych obowiązków. Nigdzie nie muszę iść. Mogę wszystko.

Wygląda na to, że tęsknię za wolnością, mam przesyt obowiązków i pracy. Chyba też mam ochotę odpocząć od kontaktów z osobami, które nie interesują się moim życiem, potrzebami i problemami, ale z przyjemnością obarczają mnie swoimi brudami. Nie zrozum mnie źle – miło mi, gdy ktoś obdarza mnie zaufaniem, licząc na moje współczucie lub pomoc. W takich sytuacjach zwykle nie odmawiam podania pomocnej dłoni, ale czy to nie powinno mieć granic, a nawet działać w dwie strony? Potrzebuję urlopu. Więcej.

Dziś mi w duszy gra:

Już nie mów nic, ty stary wiesz,
Że sen zbyt długo trwał nie będzie,
A droga, którą trzeba przejść,
Przez najtrudniejsze ścieżki wiedzie.

Andrzej Korycki, „Kołysanka”

 

Dobranoc,
Nawyk Kochania.

Reklamy

#25 Dziękuję za codzienne pobudki

Dziś krótko, ponieważ zasypiam nad klawiaturą, ale jest jedna rzecz,  za którą mimo wszystko chcę podziękować.

DZIĘKUJĘ ZA PORANNE BUDZENIE.
Za troskę o moją wewnętrzną dyscyplinę.

Ostatnio dużo pracuję, poświęcam też sporo czasu na hobby. Budzika nie słyszę prawie nigdy. Gdyby nie jedna szczególna dla mnie osoba, prawdopodobnie dawno wyrzuconoby mnie z pracy.

Dzwoni do mnie codziennie rano. Pomimo swoich obowiązków chce zamienić ze mną kilka słów. Może się to wydawać absurdalne – hasło „nie mów do mnie z rana” jest przeciż prawie tak samo popularne jak „nie lubię poniedziałków”. Ja natomiast lubię to bardzo.

Czasem nasza wymiana zdań jest bardzo konwencjonalna. Bywają jednak takie dni, gdy telefon zaskoczy mnie w półśnie. Wtedy w ogóle nie mówię logicznie, a wątki wyobrażone mieszają się z rzeczywistymi. W takich sytuacjach zdaję sobie sprawę, jak dużym zaufaniem obdarzam rozmówcę. Dawniej budziło mnie radio (o którym traktował ostatni wpis). Włączało się samo o ustalonej porze. Dziś tak nie potrafię. Że mój organizm przestał reagować na budzik – też już wiadomo. Po prostu wewnętrznie domagam się kontaktu z człowiekiem. Chcę się nauczyć zasypiać wcześniej, ale zawsze jest zbyt dużo pokus.

Dziś w drodze do pracy radio pięknie skomentowało moje upodobania za pomocą piosenki na wskroś absurdalnej. (Nie była mi wcześniej znana…). Ciężkim riffom towarzyszy tekst, który wygląda jak żywcem wyjęty z jakiejś dziecięcej, lekkiej piosenczki, bo traktuje o plastkikowym kubku w szlaczki i prosiaczki. Tak sobie myślę – czas spać, żeby jutro nie gadać rano bez ładu i składu.

Dziś mi w duszy gra:

Na górze ma szlaczki, na dole ma szlaczki,
cały jest w prosiaczki!

„Kubek”, sł. Piotr Łagucik

Śpijcie dobrze!
Nawyk Kochania.

#8 Dziękuję za terminy, które gonią

Poprzedni tydzień obfitował w zachwyty nad dobrymi rzeczami, które sprawiały, że życie stawało się łatwiejsze i radośniejsze. Ten zaczyna się sprawą trudną – zmaganiem z niedokończonymi sprawami. Próbuję odnaleźć w sobie siłę, aby potrafić dziękować również za takie doświadczenia. Wierzę, że są mi potrzebne i czegoś mnie uczą. Może nawołują do zmiany przyzwyczajeń?

DZIĘKUJĘ ZA TE WSZYSTKIE NIEDOKOŃCZONE SPRAWY, Z KTÓRYMI NIE ZDĄŻAM NA CZAS.
To znaczy, że wciąż mam po co żyć!

 

To prawda, skoro jest tyle spraw do zrobienia, to znaczy, że wiele osób mnie potrzebuje. Że moja praca nie jest bezsensowna. Dotąd udawało mi się zawsze tak zorganizować czas, żeby ze wszystkim zdążyć.  Wymagało to poświęcenia, najczęściej zarywania nocy. Ale zawsze było warto, bo wszystko było zapięte na ostatni guzik.

Tym razem znów mam poważne obawy, czy uda się ze wszystkim zdążyć. Ostatnia doba była rzeczywiście krótsza niż powinna, co przynajmniej usprawiedliwiło moje zaburzone poczucie upływającego czasu. Niestety nie pomogło w organizacji pracy.

Wiem, co powiesz: robię za dużo rzeczy, obiecuję złote góry zbyt wielu ludziom, nie młodnieję, nie wysypiam się. A ktoś inny powie: chyba masz za dużo wolnego czasu, skoro tyle o tym myślisz, bo JA to mam dopiero… To wszystko prawda. Na pewno masz dla mnie złote rady: rzuć to czy tamto, zajmij się jednym, zmień priorytety, więcej odpoczywaj, sen jest zdrowy – nie zaniedbuj go, praca nie jest najważniejsza. Racja, zgadzam się  z każdym słowem. Żadnej z tych rad, żadnego z tych spostrzeżeń nie potrafię wprowadzić w życie.

Dopiero kiedy tracę kontrolę nad tym wszystkim, potrafię powiedzieć „bądź wola Twoja”… Dziękuję za to doświadczenie. A jednocześnie proszę już o koniec lekcji! Tymczasem na tablicy w moim umyśle pojawia się temat świętych, czyli ludzi, którzy sobie brawurowo poradzili w życiu.

Dowiaduję się, że dziś wspomnienie Dobrego Łotra. Poznaję świętego Ekspedyta. Pierwszy nawrócił się w ostatniej chwili, a drugi pokazuje, by nie odkładać najważniejszych spraw na jutro, tylko realizować postanowienia na bieżąco, dziś.  Mam nadzieję, że obaj się za mną wstawią, bo ja wciąż nie potrafię tak żyć w sprawach codziennych,a tym bardziej Bożych. Może to najwyższy czas, by pewne rzeczy przewartościować.

Dziś mi w duszy gra:

„Yesterday
All my troubles seemed so far away
Now it looks as though they’re here to stay”

The Beatles, „Yesterday”

Co masz zrobić jutro, zrób dziś.
Nawyk Kochania.