43# Dziękuję za łzy szczęścia i wzruszenia

Znasz te niezręczne momenty, kiedy próbujesz kupić buty, ale zanim zdążysz przekroczyć próg sklepu, zanim rozejrzysz się wokół, natychmiast swoją uprzejmością atakuje cię ekspedientka? Założę się, że nie myślisz wtedy: „jak to dobrze, że sama do mnie podeszła! Potrzebuję oprowadzenia po sklepie i pomocy w dokonaniu wyboru, ale czasem wstydzę się poprosić o to personel. Na szczęście podchodzą sami, oferując niezbędne usługi”.

Podejrzewam, że większość osób w takiej sytuacji jest raczej poirytowana. Trudno mi ocenić, co czuje druga strona. Może natarczywe uprzejmości są tylko wymogiem szefa, a tak naprawdę biedna ekspedientka myśli: „oby klient odmówił, oby podziękował, oby nie trzeba było z nim łazić po całym sklepie”. Nie wiem też, czy ta, która dziś pracowała w obuwniczym pożałowała, że podeszła akurat do tej klientki… Mam natomiast pewność, że za obsługę należy jej się medal.

Wspomniana klientka miała pewną przypadłość: jąkała się niemiłosiernie

 (jeśli masz podobny problem - zostań proszę; moim celem nie jest wyśmiewanie Ciebie ani sprawienie Ci przykrości, wręcz przeciwnie).

Problem sprawiało jej wystartowanie niemal każdego słowa. Mimo to mówiła dużo i chętnie, zdawała się ignorować liczne potknięcia. Uśmiechała się i bez zażenowania, bez cienia speszenia rozmawiała z ekspedientką, która nawet nie mrugnęła, nawet się nie skrzywiła. Cierpliwie słuchała od pierwszego słowa. Nie pojawił się w niej choćby zalążek zaskoczenia, nigdy nie weszła rozmówczyni w słowo, nawet w chwilach dłuższej ciszy. Profesjonalnie zajęła się klientką, prezentując jej różne modele i rozmiary obuwia, do skutku. Na koniec obie wyglądały na zadowolone. Nie mogę wyjść z podziwu.

Pamiętam Karolinę, która chodziła ze mną do podstawówki. Ona też się jąkała. Z tego powodu bardzo trudno było jej się nawet przedstawić – zacinała się na pierwszej sylabie. Z tego powodu przylgnęło do niej przezwisko „Kakadu”. Mnie wydawało się ono dość sympatyczne i nawet nie przyszło mi do głowy, że mówiąc tak do niej sprawiam jej ogromną przykrość. Musiała mi to powiedzieć wprost: „Nie mów tak do mnie, to nie moja wina, że się jąkam”.

Czy uwierzysz, że jej jąkanie było dla mnie niezauważalne aż do chwili, gdy nazwała zjawisko po imieniu? Ktoś powie: jak można nie zauważyć, że ktoś męczy się przy wypowiadaniu każdego słowa, na jego twarzy pojawiają się grymasy, rumieńce, a od czasu do czasu ślini się lub pluje? Ja też nie wiem, ale w moim przypadku tak właśnie było.

Karolina to dobra koleżanka. Do tej pory wspominam również jej talent do nauki historii i języków obcych. Tylko to w niej było dla mnie istotne. Nawet później, gdy jej jąkanie stało się dla mnie widoczne, nigdy nie było uciążliwe. Ładnych parę lat później – zniknęło. Nie samo, dziewczyna bardzo się natrudziła, żeby je zwalczyć, ale powiedziała mi o tym mozole długo po tym, jak nasza więź się rozluźniła. Odwiedzała bardzo wielu różnych terapeutów z całej Polski. W końcu pomógł ten setny, a może tysięczny. Jeśli myślisz, że ta zmiana z pewnością nie uszła mojej uwadze – mylisz się. Karolina znów musiała powiedzieć to sama, głośno, na forum całej klasy. Wiem jednak, że mówiła to do mnie… Łagodnie i bez wyrzutu.

Powiedziała: Chcę coś ogłosić. Jak zapewne wiecie, moim problemem od dawna było jąkanie. Obecnie jestem w trakcie terapii. Teraz będę mówić wolniej, ale płynnie. Ruchy ręki, które wykonuję, pomagają mi w tym. Stopniowo nabieram wprawy, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.

Faktycznie! Bez zająknięcia, bez jednego grymasu na twarzy. Pamiętam powstrzymywanie łez wzruszenia i dumy. Jak można było nie zauważyć takiego sukcesu?! Na szczęście nie miała mi tego za złe. Chyba. Z przejęciem przyjęła gratulacje. Otwarcie opowiadała o szczegółach ostatniej, skutecznej terapii, a nawet jako ciekawostkę pokazała mi niektóre triki, pomagające jej w mówieniu (niestety za nic w świecie nie umiem ich skoordynować z wypowiedzią, tak sprawnie jak ona, mimo że nie potrzebuję terapii – a może dlatego?).

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE TERAPIA MOWY PRZYNOSI SUKCESY.
Za logopedów, którzy znają się na swojej robocie. Za ludzi, którzy z każdym potrafią rozmawiać, nie zawstydzając go.

Dzięki Karolinie mam bardzo serdeczny stosunek do osób jąkających się (tak, teraz już natychmiast zauważam, że mówią inaczej). Zawsze w duchu im kibicuję. Choć chyba bardziej ich rozmówcom, bo to od ich nastawienia, od ich sposobu słuchania i mówienia zależy, jak duży komfort będą odczuwać obie strony dialogu. Podobno nie ma nic gorszego niż „wyręczanie” w mówieniu, „dokańczanie” za kogoś, dawanie „złotych rad” w stylu „weź oddech”. Najważniejsze to życzliwie słuchać. I życzliwie mówić. Mnie nigdy nie trzeba było tego uczyć (raczej przez moją gapowatość niż supermoce), ale wiem, jak trudna dla niektórych jest sztuka opanowania zniecierpliwienia.

Do tej pory zostały mi pewne cechy z dzieciństwa: ignoruję jąkanie rozmówcy w sposób automatyczny i ogromnie się wzruszam (łzy szczęścia lecą strumieniami!), gdy słyszę, jak ktoś po raz pierwszy mówi płynnie (film „King’s Speech”, czyli „Jak zostać królem” to jedyny filmowy wyciskacz moich łez, jaki pamiętam). Czy to znaczy, że się nadaję na terapeutę? A może właśnie kompletnie się nie nadaję, z moją nadwrażliwością na sukcesy osób jąkających się, a jednocześnie niewrażliwością na trudności? Obstawiam, że musi być jakaś trzecia droga. Jeśli tak, to zapraszam do niej wszystkich.

Dziś mi w duszy gra:

Everybody stutters one way or the other,
so check out my message to you

„Scatman (Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop)”
John „Scatman” Larkin

P.S. Wykonawca tej piosenki sposobem podawania tekstu i finezją improwizacji rozkłada na łopatki niejednego rapera. Kto by przypuszczał, że ten facet odkrył te zdolności dzięki temu, że się jąka! Potrafił przemienić swoje trudności w walor artystyczny. Nie tylko wykorzystuje je, tworząc charakterystyczne pasaże w swoich piosenkach. Również jego teksty nawiązują do wspomnianego zaburzenia mowy. Dla zainteresowanych zamieszczam poniżej fragment wywiadu z Johnem "Scatmanem" Larkinem. Nie mogę wyjść z podziwu.

Słuchajmy siebie nawzajem z uwagą i miłością.
Nawyk Kochania.

Reklamy

#42 Dziękuję za nawróconego Szawła

Wydanie NIEDZIELNE
Wszyscy, którzy go słyszeli, mówili zdumieni: "Czy to nie ten sam, który w Jerozolimie prześladował wyznawców tego imienia i po to tu przybył, aby ich uwięzić i zaprowadzić do arcykapłana?" A Szaweł występował coraz odważniej, dowodząc, że Ten jest Mesjaszem, i szerzył zamieszanie wśród Żydów mieszkających w Damaszku. (...) Kiedy przybył do Jerozolimy, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do Apostołów, i opowiedział im, jak w drodze [Szaweł] ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania przemawiał w Damaszku w imię Jezusa. Dzięki temu przebywał z nimi w Jerozolimie.

Dz 9,21-22.26-28

 

W pewnej świetlicy szkolnej jest kącik religijny dla dzieci. To specjalnie wydzielona strefa, utworzona z myślą o stworzeniu uczniom przestrzeni do wyciszenia się, odrabiania pracy domowej po katechezie, lektury Pisma Świętego, modlitwy lub jej nauki, pogłębiania wiary na własną rękę i zaspokajania ciekawości w oparciu o książki i inne zgromadzone tam pomoce dydaktyczne. Uczniowie mają do tej strefy swobodny dostęp i jeśli chcą, mogą z niej do woli korzystać. Wszyscy wiedzą, że jest to „kącik katolicki”. Ma to istotne znaczenie, ponieważ uczęszczające do świetlicy dzieci są różnych wyznań, a niektóre pochodzą z rodzin ateistycznych.

Któregoś dnia dwóch chłopców z nudów zaczęło oglądać religijne „eksponaty”. Jeden z nich jest niewierzący, dlatego wszystko, co tam zobaczył, było dla niego nowe i ciekawe. Nagle uwagę chłopców przykuło stoisko z prasą katolicką dla dzieci, a szczególnie tytuł czasopisma: „Dominik idzie do Pierwszej Komunii Świętej”. Oburzeni koledzy natychmiast podbiegli do dyżurującej w sali nauczycielki, przekrzykując się i wyrywając sobie nawajem gazetkę. Co wzbudziło w nich takie emocje?

Proszę Pani! To niemożliwe, że Dominik idzie do Komunii, bo on jest niewierzący! – zgodnym chórem krzyczeli obaj. Nauczycielka w pierwszym odruchu spojrzała na nich podejrzliwie. Czy na pewno nie robią sobie z niej żartów? Ich żywe wzburzenie i oczy rozszerzone w zdumieniu nie pozostawiały wątpliwości. Mówią serio.
Wiecie, że na świecie jest jeszcze wielu chłopców o tym imieniu, prawda? „Dominik” to jest tytuł miesięcznika i nie musi się odnosić akurat do waszego kolegi – odpowiedziała nauczycielka, na wszelki wypadek zachowując powagę. Chłopcy uspokoili się i przynajmniej przestali przekrzykiwać. Nagle jeden wypalił:
A do kogo? – zapytał z żywym zainteresowaniem. Kobieta przez chwilę zastanowiła się. Przez chwilę coś jej zaświtało w głowie, że włoskie „domenica” znaczy „niedziela”, a dosłownie „dzień Pański”. Czy właśnie takiej informacji oczekują te dwa małe łobuzy? Raczej będą niepocieszeni. Oni chcą bohatera z krwi i kości – przecież on ma przystąpić do Pierwszej Komunii! Nie pogodzą się z tym, że chodzi po prostu o jakiegoś katolickiego „everymana” (raczej „everyboya”), który de facto nie istnieje – jest jedynie pewnym tworem myślowym. Odpowiedziała naprędce:
Może wzorowali się na świętym Dominiku – odparła, myśląc, że to załatwia sprawę. Nic z tego.

A co to znaczy święty? – zapytał niewierzący chłopiec. Nauczycielce zapalił się grunt pod nogami. Czy na pewno wolno jej z nim o tym rozmawiać? Rodzice mogliby sobie tego nie życzyć i odebrać jako indoktrynację, choć nic takiego nie miała w zamiarze. Nie wiedzieć czemu pomyślała wtedy o Holandii, gdzie nauczyciele boją się dotknąć dziecko by nie zostać oskarżonymi o… różnego rodzaju nadużycia. Boją się udzielić pochwały głaszcząc po głowie, prowadzić za rękę, a już tym bardziej pomóc w zmianie ubrania w sytuacji, gdy dziecko posika się w spodnie (dla własnego dobra lepiej pozwolić, by odparzyło sobie to i owo, niż dać się zamknąć do więzienia). Te wizje wydały jej się tak absurdalne, a jednocześnie na tyle odległe w czasie i przestrzeni, że postanowiła wdać się w dialog ze swoimi małymi, ciekawskimi rozmówcami, ale powściągliwie.
Ludzie wierzący ogłaszają świętymi takie osoby, które robią dużo dobrych rzeczy i które warto naśladować – odparła najogólniej jak się da, omijając kwestię przynależności do Kościoła.
Czyli na pewno nie Ty, Kewin! – złośliwie wypalił chłopak, który uczęszcza na katechezę, więc rozmowa zaczęła go już trochę nudzić.
Janek, dlaczego mu dokuczasz? Każdy może zostać świętym, wy obaj też – zareagowała nauczycielka, ciesząc się, że rozmowa stopniowo schodzi na rejony w których czuje się bardziej komfortowo niż w dyskusjach teologicznych. Włącza się „moduł wychowawca”.
Tak? – zapytał Janek z niedowierzaniem.
A co trzeba zrobić? – wszedł mu w słowo Kewin z wyraźnym zainteresowaniem.
Umrzeć! – wypalił Janek i sam zaśmiał się ze swojego pomysłu. Kewin osłupiał i spojrzał badawczo na nauczycielkę, jednocześnie gasząc jakąkolwiek nadzieję ja to, że przesłuchanie szybko się skończy.
Ktoś ma mnie zabić? – pyta Kewin z wyraźnym zdziwieniem podszytym strachem.
Chodzi o to, że po śmierci jakiejś osoby zbierają się księża, przyglądają się całemu życiu zmarłego, bo dopiero wtedy mogą zrobić całe podsumowanie. I jak uznają, że był święty, to ogłaszają to wszystkim – powiedziała nauczycielka, nie mając pewności, czy chłopcy rzeczywiście jej słuchają.
No, to dobrze powiedziałem, że Kewin nie może być święty, bo wszystkich bije, jest niegrzeczny i nie chodzi na religię, już przepadło! – krzyczy oburzony Janek, żywo gestykulując.

Bardzo wielu świętych na początku było złych, a potem stali się dobrzy – odparła kobieta, a słysząc własne słowa zdumiała się ich prostotą.
Kto na przykład? – zapytał Kewin, a Janek udawał niezainteresowanego, machnął ręką, że niby wszystko już na ten temat wie, bo przygotowuje się do Pierwszej Komunii, ale tak naprawdę nadstawiał uszu. Nauczycielka przez chwilę pożałowała, że nie zna „Żywotów Świętych” na wyrywki, ale za chwilę okazało się to zupełnie zbędne. Odetchnęła z ulgą i podziękowała w duchu za to, że swego czasu zmusiła się do lektury Biblii, a na Mszy podczas Liturgii Słowa ze wszystkich sił stara się nie błądzić myślami.

DZIĘKUJĘ ZA ŚWIADECTWO NAWRÓCENIA ŚWIĘTEGO PAWŁA.
Dziękuję też za upowszechnianie tego motywu w literaturze i sztuce. Dziękuję za współczesne świadectwa życia odważnych katolików, za ich chęć do wzrastania w wierze, ale jednocześnie zdobywanie wiedzy o niej. Dziękuję za osoby nawrócone i za tych, którzy je prowadzą do Jezusa w sposób łagodny i pełen miłości.

Na przykład święty Paweł. Na początku nazywał się Szaweł i zabijał chrześcijan, a później uwierzył w Jezusa i jeździł w bardzo wiele miejsc na świecie, opowiadając o nim – mówiąc o Pawle kobieta przełamała swój opór przed otwartą rozmową  z uczniami na religijne tematy. W razie czego powie, że Paweł z Tarsu i Jezus to przecież postaci historyczne, więc w zasadzie to jest rozmowa o nauce, a nie katecheza.
Jak zabijał? Pistoletem? – zapytał Kewin z zainteresowaniem. Od dłuższego czasu słucha każdego słowa z otwartą buzią. Nauczycielka była natomiast coraz bardziej zdumiona sytuacją, w jakiej została postawiona. Ponieważ pochodziła z rodziny katolickiej, pewną wiedzę nabyła w sposób naturalny, poprzez uczestnictwo w religijnych praktykach. Niektóre rzeczy wydawały się jej tak oczywiste, że wręcz nudne i zbyt błahe, by o nich rozmawiać. Nie przyszło jej dotąd do głowy, że ktoś może nie wiedzieć „tak podstawowych rzeczy”. Teraz miała skonfrontować się z dzieckiem, które nigdy nie słyszało więcej niż imię „Jezus” (najczęściej wypowiedziane nadaremno, jako przerywnik w zdaniu) i nie widziało więcej niż znak Krzyża.
Wtedy jeszcze nie było pistoletów. Może włócznią. Albo rzucał kamieniami, nie pamiętam – wycowała się nauczycielka. Tego było już za wiele. Jej przygotowanie pedagogiczne nie przewidziało takich konfrontacji, jaka odbywała się teraz. Z jednej strony pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma, że to ponad jej nerwy, a z drugiej – zaczęła kiełkować w niej pycha. Kobieta wyobraziła sobie, jakim ważnym jest ogniwem w całym procesie chrystianizacji ludzkości. Wtedy przyszli rodzice obu chłopców i zabrali ich ze świetlicy. Kewin jeszcze odwrócił się w kierunku nauczycielki, otworzył usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale zrezygnował. Powrót do domu z rodzicami nęcił go bardziej. Tam czekała na niego konsola.

 

Dziś mi w duszy gra:

Wielkie są dzieła Twej potęgi Panie i godne podziwu Twoje miłosierdzie!

„Wielkie są dzieła”, muz. J. Sykulski

Kim chcesz zostać w przyszłości?
Nawyk Kochania.

P.S. Jeśli podoba Ci się forma opowiadania, znajdziesz ją również tutaj: #31

#38 Dziękuję za ciszę

25 kwietnia – Międzynarodowy Dzień Świadomości Zagrożenia Hałasem

Odkąd pamiętam dobrze mi się pracowało nawet w hałasie, a raczej gwarze. Mam tak od dziecka. Bardzo przyjemnie mi się pisze, rysuje, liczy, gdy siedzę w tłumie rozmawiających ludzi. Jeśli tylko pozwolą mi na siedzenie w swoim towarzystwie, ale nie zaczepiają mnie, nie pytają, nie czują się zobowiązani włączyć mnie do rozmowy – jestem w stanie naprawdę efektywnie pracować. Może nawet wydajniej niż w kompletnej ciszy.

Inaczej jest, gdy ktoś mówi do mnie głośno i żywiołowo – nawet jeśli jest to oznaka ekscytacji, radości, nie mogę tego znieść. Szybka, głośna mowa na wysokim tonie działa na mnie stresująco. Słysząc taki potok słów czuję się jak pod ostrzałem. Czasem nieprzyjemnie się odezwę, powiem na przykład „ciszej, jestem pół metra od Ciebie!”. Nie mogę się powstrzymać.

Dla odmiany źle mi się uczy i pisze przy muzyce. To jest tło dobre do malowania, rysowania, rzeźbienia, ale nie do słów. Odpowiednia muzyka dobrze nastraja mnie do jazdy samochodem (dla mnie najodpowiedniejsza jest muzyka klasyczna, instrumentalna, najlepiej z małą ilością partii skrzypcowych, bo świdrują mi mózg swoim wysokim dźwiękiem). Mimo wszystko nawet tę wyłączam podczas parkowania, żeby się lepiej skupić.

Moja mama potrzebuje do życia energicznego radia. Kiedy tylko wejdzie do domu, natychmiast włącza kuchennego „boomboxa”, a skoczne rytmy pozwalają jej wykrzesać z siebie resztki energii pozostałe po całym dniu pracy. To zupełnie na odwrót niż ja. Nie jestem w stanie długo wytrzymać w domu rodziców, gdzie w każdym pokoju jest włączona muzyka albo telewizja. Ja też jestem dla nich nie do wytrzymania, bo gdziekolwiek zajrzę, tam wyłączam ten harmider albo nalegam, by przyciszyć, bo „ryczy”.

Po pracy, w której poziom hałasu przekracza jakiekolwiek dozwolone normy, z przyjemnością zamykam za sobą drzwi wyjątkowo cichego mieszkania. Jest z dala od dźwięków ruchu ulicznego. Czasem słychać aktywność sąsiadów, ale jest dość sporadyczna i przewidywalna, można przywyknąć. Takie ciche mieszkanie ma jedną zaletę: dobrze się śpi (kiepsko wstaje, bo po co rezygnować z przyjemności leżenia w ciepełku i ciszy, ale w zimie budziły mnie ćwierkające sikorki – nie zmyślam! – i to mnie cieszyło, natychmiast wyciągając spod kołdry).

Nie zawsze cieszy mnie siedzenie w głuchej ciszy (spotęgowanej przez puszysty dywan, mięsiste zasłony i sporo elementów tekstylnych), ale po zmęczeniu hałasem nie jestem w stanie słuchać nic innego niż gadania człowieka. Dlatego jeśli nie mogę aktualnie z kimś porozmawiać (albo raczej: słuchać czyjegoś monologu, bo w takim stanie nie mam polotu choćby na sklecenie zdania), włączam lekki film albo Youtube.

DZIĘKUJĘ ZA GŁÓD CISZY.
Za warunki do jej znalezienia oraz czas na to.

Podobno ludzie współcześnie boją się ciszy, bo nie daj Boże w niej zaczną słyszeć swoje myśli, które chcieli za wszelką cenę zagłuszyć. To chyba duże uproszczenie. Wyobrażam sobie, że rodzice nagle wyłączyli wszystkie te hałasy. Dźwięki, które fizycznie usłyszą, to prawdopodobnie będzie dzwonienie w uszach. Czy taka cisza skłoni ich do refleksji? Wątpię. Raczej rozdrażni w ten irytujący sposób, jak przyczajony, niewidoczny, ale wyraźnie słyszalny komar (komarzyca!).

Chodzi więc o coś innego. Podejrzewam, że najtrudniejsze będzie, że w tej ciszy, czyli w tym braku bodźców – braku piosenek, wiadomości, braku rytmu dnia – w tej zmysłowej deprywacji będą nagle musieli ze sobą rozmawiać. A to nie przychodzi tak hop-siup. Będą musieli sami zaplanować sobie dzień – nie według ramówki telewizyjnej. Rozrywkę będą czerpać z własnej wyobraźni. Jeśli zatem przez hałas będziemy rozumieć tylko dźwięki oraz uwierzymy, że to, co zagłuszamy, to nasze refleksje o życiu i własnym, szeroko pojętym „duchu”, to pewnie sprowadzimy cały problem do stereotypu i niczego nie rozwiążemy.

Moim zdaniem hałasem może być też czcza gadanina. Obmawianie kogoś, wzajemne przekrzykiwanie w kłótni albo odwrotnie – puste pochlebstwa. Hałas to również podniesienie larum z powodu jakiejś istotnej sprawy. Ciszą natomiast można nazwać ignorowanie kogoś, brak odzewu, dialogu. Może być to też wyraz uszanowania, niema zgoda, powstrzymanie się od raniących komentarzy. Czy rzeczywiście cisza i hałas to przeciwieństwa, jak dobro i zło? Wątpię. Ja szukam złotego środka.

Dziś mi w duszy gra:

Kończ, po co ten ciągły hałas? Sam zdwoić go wciąż się starasz.
Tak Cię uczyli od lat: „tylko krzykiem zdobywa się świat”, a to nie tak!

„Cisza jak ta”
Tekst: Andrzej Mogielnicki
Muzyka: Romuald Lipko, Krzysztof Cugowsk

Hałas to zanieczyszczenie
Nawyk Kochania.