#51 Dziękuję za więcej szczęścia niż rozumu

Wsłuchaj się w ten długi oddech ulgi, kiedy pierwsze krople benzyny spłynęły do baku. Na dystrybutorze cyfry skaczą jak szalone. Drogo. Bardzo drogo. Mimo to bardziej się cieszę, niż złoszczę.

Rano, w połowie drogi do pracy zaczyna migać rezerwa. Ten alarm już przestał powodować u mnie zaskoczenie i palpitacje serca. Dawniej udawało mi się zadbać o to, by nie doprowadzić samochodu do stanu paliwowej ostateczności. Teraz stało się to nagminne. Wiem, takie testowanie możliwości auta jest bardzo ryzykowne i niezdrowe dla silnika. Nie wiem, dlaczego wciąż to robię. Chyba po prostu z powodu kiepskiej organizacji czasu albo zapominalstwa, bo nie celowo.

Rezerwa miga, ja beztrosko stoję w porannym korku. Trasę, która zwykle zajmuje z górą kwadrans, obecnie przebywam nieraz w czterdzieści pięć minut. Próbuję wjechać „na suwak” – nic z tego, nikt nie wpuści. Wszyscy chcą być pierwsi w pracy. W końcu dojeżdżam na miejsce i z chwilą zablokowania drzwi zapominam o migającym problemie. Przecież na rezerwie można jeszcze przejechać pół świata, nie ma się czym przejmować.

Wracając z pracy wstępuję do sklepu i do lekarza. Samochód prowadzi się dość ciężko, ale nie zwracam na to uwagi. „To pewnie przez moje zmęczenie” – myślę, ale zaraz potem przychodzi mi do głowy pomysł, żeby sprawdzić na wyświetlaczu opcję „zakres”, czyli ile kilometrów jeszcze mogę zrobić na pozostałym paliwie. Na moich oczach wyświetlacz pokazał bezlitosne odliczanie: 3… 2… 1… 0…

Jeśli myślisz, że w tym momencie samochód się zatrzymał, zakasłał albo wybuchł – nic z tych rzeczy. Uratowała mnie „niepewność pomiarowa” związana z niedokładnym liczeniem średniego spalania (a to w korku znacznie wzrosło i zmieniło wynik). Przez chwilę przeszły mi ciarki po plecach, a z drugiej strony pojawiła się myśl: jechać do najbliższej stacji, czy do dalszej, ale tańszej? Masz rację, rozum, który podpowiedział takie pytania, najwidoczniej miał już fajrant.

DZIĘKUJĘ, ŻE OBYŁO SIĘ BEZ WIĘKSZYCH KONSEKWENCJI.
Następnym razem wykażę się odpowiedzialnością (mam nadzieję).

Litania marudna: paliwo za drogie. Stanie w korkach – absurdalne. Pracy za dużo, czasu za mało, odpoczynku brak. Jedzenie – jakiekolwiek. Gubię kluczyki od samochodu po raz piętnasty tego dnia (a może są w lodówce, schowane mechanicznie razem z pudełkiem śniadaniowym?). Lekarz robi mi jakieś takie zabiegi-wygibasy, że czuję, jakby po mnie przejechała ciężarówka… I mimo to myślę, że jest dobrze. Wiem, że pod tym wszystkim gdzieś jest szczęśliwy, wypoczęty człowiek. Trzeba go tylko stamtąd zabrać.

(Ale na pewno nie „limuzyną”, toczącą się na oparach paliwa)

Dziś  mi w duszy gra (gdy stoję w korkach):

We have all the time in the world
Just for love
Nothing more
Nothing less
Only love

„We have all the time in the world”
Autorzy utworu: Hal David / John Barry

Zatankuj, jak jeszcze masz dwie kreski!
Nawyk Kochania.

Reklamy

#50 Dziękuję za możliwość pożegnania

Dziś bardzo dotknęła mnie wiadomość o śmierci naszego współpracownika. Pan Józek był konserwatorem w budynku, wszyscy go dobrze znaliśmy. Przede wszystkim opiekował się sprzętem technicznym. Zawsze można było przyjść do jego kanciapy, porozmawiać. Ktoś mógłby pomyśleć, że to taka drugorzędna postać, ale nic bardziej mylnego. Dopiero gdy zachorował zobaczyliśmy, że to dzięki niemu sprzęt był zawsze sprawny i na swoim miejscu. Że wszystkie urządzenia były podłączone i uruchomione o odpowiedniej porze, bo on o to zadbał. Gdy ktoś potrzebował jakiegoś urządzenia, szedł do Pana Józka, a ten zawsze znalazł najlepszy egzemplarz i poinstruował, jak go używać. Mnie najbardziej brakuje jego żartów i tego, że zawsze gdzieś się kręcił, przywitał się, zamienił dwa słowa.

Śmierci Pana Józka mogliśmy się spodziewać. Od pewnego czasu leżał w śpiączce i z każdym dniem nikła nadzieja na jego wybudzenie, ale sam moment, gdy zawieziono go do szpitala był dla nas szokiem.

Parę miesięcy temu skończył się jeden z moich projektów. Kilka osób było w niego bezpośrednio zaangażowanych. Ci dostali ode mnie w ramach podziękowania drobne upominki i słodycze. Wśród nich miał się znaleźć również Pan Józek. Niestety, w dniu mojego triumfu, on wypoczywał w domu na zwolnieniu lekarskim – przeziębienie albo grypa nie dawały mu spokoju, więc w końcu postanowił o siebie zadbać. Pani Zyta z sekretariatu, robiąc przerwy w przeżuwaniu otrzymanych ode mnie czekoladek, poinformowała, że w przyszłym tygodniu Pan Józek powinien już wrócić ze zwolnienia. Tak też się stało.

DZIĘKUJĘ ZA TĘ ROZMOWĘ.
Zdążyliśmy.

 

Pan Józek wrócił do pracy później niż zapowiadał. Chyba nie zdarzało mu się nie dotrzymywać słowa. Przychodził zawsze o czasie, ale wychodził również nie później niż trzeba. Gdy ktoś próbował mu pewnego dnia narzucić dodatkowe, popołudniowe godziny pracy, asertywnie odpowiedział: mogę pracować najpóźniej do 15.30, mam rodzinę i chcę również z nią spędzać czas. Bardzo mi wtedy zaimponował.

Udało mi się z nim spotkać i wręczyć mu bombonierkę w ramach podziękowania za pomoc i wsparcie w realizacji projektu, który zakończył się sukcesem. Pamiętam, że to dzięki Panu Józkowi zamówiono dla mnie odpowiednie urządzenia. Gdy się okazało, że nie da się ich ze sobą połączyć, choć producent zapewniał, że to możliwe, to Pan Józek poruszył niebo i ziemię, ostatecznie znajdując sposób, by wszystko działało poprawnie w terminie. Kiedy w pewnym momencie wyszło na jaw, że potrzeba drugiego kompletu dokumentacji, to Pan Józek (wraz z Panią Zytą z sekretariatu) szybko zorganizowali papier i odpowiednią drukarkę, by wszystko dopiąć na ostatni guzik.

Ucieszył się z czekoladek, ale połowę wydłubał i wrzucił mi siłą do przedniej kieszeni torby (takiej na laptop), ale upewnił się wcześniej, że nie ma tam czegoś, co mogłoby zostać obsmarowane. Mówił, że tyle to on nie zje, ale był wzruszony. Zagaduję o zdrowie. On na to, że jeszcze nie czuje się całkiem dobrze, ale już trzeba wracać do pracy i że mu trochę tęskno.

Tydzień później zabrało go pogotowie. Potem długo leżał w szpitalu w śpiączce i już się nie obudził. Nie dożył emerytury (jeszcze długo by na nią czekał).

Smutno nam wszystkim bez niego. Ale mnie jest o tyle lżej, że wrócił (na kilka dni!), by usłyszeć podziękowania. Proszę, nie odkładajmy ważnych rozmów na potem. To co dobre, powiedzmy sobie teraz, od razu. Nigdy nie rozstawajmy się skłóceni. Jak się okazuje – czasem wystarczy zwykłe przeziębienie albo nagły wypadek, by nie zdążyć czegoś zmienić na lepsze.

Dziś mi w duszy gra:

Chciałem dać coś dobrego, dałem tylko siebie

„Chciałem być”
tekst: K. Krawczyk

Proszę o modlitwę za duszę Pana Józka.
Nawyk Kochania.

P.S. Jak zwykle imiona i takie mniej istotne szczegóły zostały pozmieniane, żeby uszanować anonimowość osób trzecich, ale historia ogólnie prawdziwa. Stety-niestety.

43# Dziękuję za łzy szczęścia i wzruszenia

Znasz te niezręczne momenty, kiedy próbujesz kupić buty, ale zanim zdążysz przekroczyć próg sklepu, zanim rozejrzysz się wokół, natychmiast swoją uprzejmością atakuje cię ekspedientka? Założę się, że nie myślisz wtedy: „jak to dobrze, że sama do mnie podeszła! Potrzebuję oprowadzenia po sklepie i pomocy w dokonaniu wyboru, ale czasem wstydzę się poprosić o to personel. Na szczęście podchodzą sami, oferując niezbędne usługi”.

Podejrzewam, że większość osób w takiej sytuacji jest raczej poirytowana. Trudno mi ocenić, co czuje druga strona. Może natarczywe uprzejmości są tylko wymogiem szefa, a tak naprawdę biedna ekspedientka myśli: „oby klient odmówił, oby podziękował, oby nie trzeba było z nim łazić po całym sklepie”. Nie wiem też, czy ta, która dziś pracowała w obuwniczym pożałowała, że podeszła akurat do tej klientki… Mam natomiast pewność, że za obsługę należy jej się medal.

Wspomniana klientka miała pewną przypadłość: jąkała się niemiłosiernie

 (jeśli masz podobny problem - zostań proszę; moim celem nie jest wyśmiewanie Ciebie ani sprawienie Ci przykrości, wręcz przeciwnie).

Problem sprawiało jej wystartowanie niemal każdego słowa. Mimo to mówiła dużo i chętnie, zdawała się ignorować liczne potknięcia. Uśmiechała się i bez zażenowania, bez cienia speszenia rozmawiała z ekspedientką, która nawet nie mrugnęła, nawet się nie skrzywiła. Cierpliwie słuchała od pierwszego słowa. Nie pojawił się w niej choćby zalążek zaskoczenia, nigdy nie weszła rozmówczyni w słowo, nawet w chwilach dłuższej ciszy. Profesjonalnie zajęła się klientką, prezentując jej różne modele i rozmiary obuwia, do skutku. Na koniec obie wyglądały na zadowolone. Nie mogę wyjść z podziwu.

Pamiętam Karolinę, która chodziła ze mną do podstawówki. Ona też się jąkała. Z tego powodu bardzo trudno było jej się nawet przedstawić – zacinała się na pierwszej sylabie. Z tego powodu przylgnęło do niej przezwisko „Kakadu”. Mnie wydawało się ono dość sympatyczne i nawet nie przyszło mi do głowy, że mówiąc tak do niej sprawiam jej ogromną przykrość. Musiała mi to powiedzieć wprost: „Nie mów tak do mnie, to nie moja wina, że się jąkam”.

Czy uwierzysz, że jej jąkanie było dla mnie niezauważalne aż do chwili, gdy nazwała zjawisko po imieniu? Ktoś powie: jak można nie zauważyć, że ktoś męczy się przy wypowiadaniu każdego słowa, na jego twarzy pojawiają się grymasy, rumieńce, a od czasu do czasu ślini się lub pluje? Ja też nie wiem, ale w moim przypadku tak właśnie było.

Karolina to dobra koleżanka. Do tej pory wspominam również jej talent do nauki historii i języków obcych. Tylko to w niej było dla mnie istotne. Nawet później, gdy jej jąkanie stało się dla mnie widoczne, nigdy nie było uciążliwe. Ładnych parę lat później – zniknęło. Nie samo, dziewczyna bardzo się natrudziła, żeby je zwalczyć, ale powiedziała mi o tym mozole długo po tym, jak nasza więź się rozluźniła. Odwiedzała bardzo wielu różnych terapeutów z całej Polski. W końcu pomógł ten setny, a może tysięczny. Jeśli myślisz, że ta zmiana z pewnością nie uszła mojej uwadze – mylisz się. Karolina znów musiała powiedzieć to sama, głośno, na forum całej klasy. Wiem jednak, że mówiła to do mnie… Łagodnie i bez wyrzutu.

Powiedziała: Chcę coś ogłosić. Jak zapewne wiecie, moim problemem od dawna było jąkanie. Obecnie jestem w trakcie terapii. Teraz będę mówić wolniej, ale płynnie. Ruchy ręki, które wykonuję, pomagają mi w tym. Stopniowo nabieram wprawy, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.

Faktycznie! Bez zająknięcia, bez jednego grymasu na twarzy. Pamiętam powstrzymywanie łez wzruszenia i dumy. Jak można było nie zauważyć takiego sukcesu?! Na szczęście nie miała mi tego za złe. Chyba. Z przejęciem przyjęła gratulacje. Otwarcie opowiadała o szczegółach ostatniej, skutecznej terapii, a nawet jako ciekawostkę pokazała mi niektóre triki, pomagające jej w mówieniu (niestety za nic w świecie nie umiem ich skoordynować z wypowiedzią, tak sprawnie jak ona, mimo że nie potrzebuję terapii – a może dlatego?).

DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE TERAPIA MOWY PRZYNOSI SUKCESY.
Za logopedów, którzy znają się na swojej robocie. Za ludzi, którzy z każdym potrafią rozmawiać, nie zawstydzając go.

Dzięki Karolinie mam bardzo serdeczny stosunek do osób jąkających się (tak, teraz już natychmiast zauważam, że mówią inaczej). Zawsze w duchu im kibicuję. Choć chyba bardziej ich rozmówcom, bo to od ich nastawienia, od ich sposobu słuchania i mówienia zależy, jak duży komfort będą odczuwać obie strony dialogu. Podobno nie ma nic gorszego niż „wyręczanie” w mówieniu, „dokańczanie” za kogoś, dawanie „złotych rad” w stylu „weź oddech”. Najważniejsze to życzliwie słuchać. I życzliwie mówić. Mnie nigdy nie trzeba było tego uczyć (raczej przez moją gapowatość niż supermoce), ale wiem, jak trudna dla niektórych jest sztuka opanowania zniecierpliwienia.

Do tej pory zostały mi pewne cechy z dzieciństwa: ignoruję jąkanie rozmówcy w sposób automatyczny i ogromnie się wzruszam (łzy szczęścia lecą strumieniami!), gdy słyszę, jak ktoś po raz pierwszy mówi płynnie (film „King’s Speech”, czyli „Jak zostać królem” to jedyny filmowy wyciskacz moich łez, jaki pamiętam). Czy to znaczy, że się nadaję na terapeutę? A może właśnie kompletnie się nie nadaję, z moją nadwrażliwością na sukcesy osób jąkających się, a jednocześnie niewrażliwością na trudności? Obstawiam, że musi być jakaś trzecia droga. Jeśli tak, to zapraszam do niej wszystkich.

Dziś mi w duszy gra:

Everybody stutters one way or the other,
so check out my message to you

„Scatman (Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop)”
John „Scatman” Larkin

P.S. Wykonawca tej piosenki sposobem podawania tekstu i finezją improwizacji rozkłada na łopatki niejednego rapera. Kto by przypuszczał, że ten facet odkrył te zdolności dzięki temu, że się jąka! Potrafił przemienić swoje trudności w walor artystyczny. Nie tylko wykorzystuje je, tworząc charakterystyczne pasaże w swoich piosenkach. Również jego teksty nawiązują do wspomnianego zaburzenia mowy. Dla zainteresowanych zamieszczam poniżej fragment wywiadu z Johnem "Scatmanem" Larkinem. Nie mogę wyjść z podziwu.

Słuchajmy siebie nawzajem z uwagą i miłością.
Nawyk Kochania.